Westport-Christchurch

Po bardzo wczesnej pobudce, żeby zdążyć na autobus, który ma nas zawieść na miejsce startu, trafiamy od razu w atmosferę, która na wszystkich maratonach jest podobna. Jest serdecznie, tłumnie, międzynarodowo i wielojęzycznie. To pierwszy maraton, gdzie na miejsce startu zawożą nas autobusy. Półmaraton trochę bliżej, a maraton trochę dalej. Jeszcze raz oglądamy trasę przez okno autobusu. Jedziemy i jedziemy… pomyśleć, że za chwilę będziemy tę trasę pokonywać biegiem.

Trasa maratonu i półmaratonu jest dostępna także dla piechurów, którzy startują odpowiednio o 5.30 i o 8.30 rano. Różnimy się tylko kolorami naszych numerów startowych.

Buller Marathon to przedsięwzięcie całego miasta. Wszystkie stacje z wodą i gąbkami obsługiwane są przez mieszkańców, w szczególności uczniów miejscowych szkół.

Trochę się dziwimy, kiedy nad naszym miejscem startu pojawia się helikopter. Okazuje się, że to nie lokalna telewizja, tylko … taksówka, która dowozi jeszcze dwukrotnie zawodników na start. Wreszcie ruszamy. Cel jest zawsze ten sam: dobiec do końca. I udaje się. Żadnego zatrzymania. Wyznaczałem sobie tylko “cele”, które chcę dogonić. W tym roku to byli zawodnicy w żółtych koszulkach. Dogonić, wyprzedzić i “ścigać” następnego. Górek nie brakowało. Na szczęście widoki rekompensowały trud. Jak mawia mój przyjaciel, który zdecydowanie więcej biega maratonów niż ja – wyniku nie ma, ale wstydu też nie ma.

Po biegu Msza św., pożegnanie z ks. Proboszczem, który także startował w półmaratonie i jedziemy do Chistchurch. Tu spotkanie z Polonią, umówione spotkania z kilkoma małżeństwami i spotkanie z instruktorką Modelu Creightona.

W poniedziałek Paul wraca do Omaha, a ja zostaję głosić najpierw rekolekcje, a potem Program 1.

Fr Jay

 

Reklamy

skarby i świnie

A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic. (Mk 5,16)

Nasze rozmaite skarby. I wolność serca. Podzielił się ze mną serdeczny kolega, który wszedł z żoną właśnie na Drogę neokatechumenalną, że nie potrafiłby jeszcze zostawić domu, miasta i jechać na misje. Rozmawialiśmy.

Mam za sobą już tak bardzo radykalne decyzje zostawiania wszystkiego. Coraz bardziej jednak doświadczam, że Pan Bóg nie jest siłą odbierającą, ale obdarowującą. I mam wrażenie, że obchodzi się On bardzo delikatnie ze sprawami nam drogimi – właśnie dlatego, że są drogie. Poza sytuacjami grzechu, z którym – jak ze świniami z dzisiejszej Ewangelii – najlepiej się rozstać w trybie pilnym, ofiarowywanie Mu naszych skarbów może się dokonywać w wielkim zaufaniu.

Jeśli będzie potrzeba coś przewartościować, w pewnym sensie – „stracić” – to tylko dlatego, by to otrzymać w nowej postaci. Bo zbyt absorbowało, bo skarb był za dużym balastem w drodze, bo obchodziliśmy się z nim w raniący dla nas samych sposób. A przecież i ja, i Ty – to dla Niego największy skarb. Ofiarując Mu siebie i wszystko, co nasze, składamy depozyt w najbezpieczniejsze miejsce. „Kładę się, zasypiam i znowu się budzę, ponieważ Pan mnie wspomaga” (Ps 3,5).  Nosi nas w sercu.

M

idzie nowe

Sposoby na Nowy Rok 🙂 Moi dorośli uczniowie na kursach angielskiego mieli za zadanie przemyśleć i wypisać, co chcieliby osiągnąć w Nowym Roku w różnych dziedzinach. Sportu, zdrowia, intelektu, rozwoju duchowego, relacji z innymi, podróży. Co wymaga przejścia do konkretów: jeśli planuję nauczyć się nowego języka obcego, muszę pomyśleć, ile czasu dziennie na to przeznaczę (zamiast czego innego?)*. Życie rodzinne podpowiada wiele jeszcze innych obszarów: jak zaplanuję nasze randki? co zrobię razem z dziećmi? I warto odkrywać pragnienia serca i to, co naprawdę nas pasjonuje i cieszy. Pasje się bowiem udzielają.

Jeden z uczniów, Andrzej, wykładowca akademicki, podsumował nastroje styczniowe jako „New Year’s Depression”, z którą trzeba się jakoś zmierzyć. I wypada mi się z nim zgodzić, że czasami nie będzie nas stać na zrobienie żadnej listy, bo jak wspominała Dosia w swoim wpisie – możemy mieć za sobą już niezłą ścieżkę zdrowia i może nas ogarniać lęk. Ale widziałam kiedyś taki obrazek, który dla siebie i dla Was dziś rysuję:

20131231_135028

A ponieważ Pan Bóg tak nas pomyślał, byśmy sukcesów nie musieli przypisywać tylko sobie, to na drugą stronę „bezpiecznej” granicy własnych niemożności najczęściej przeciągają nas inni, kibicując nam zawzięcie – a przez nich i On sam. Dasz radę. Yes, you can! 🙂 Przecież jesteś Jego dzieckiem.

M

*Podpowiadam, że wystarczy kwadrans, za to codziennie. 🙂

Ostatni dzień kongresu

To przede wszystkim panel Przewodniczących konferencji biskupów USA, Kanady, Ameryki Łacińskiej i Brazylii. Przewidziany był także głos Filipin i Karaibów, ale ze względu na tragedię ks. biskup nie przyleciał. I było to oczywiste.

Potrzeba trochę czasu, żeby te wszystkie treści uporządkować, ale już teraz widzę, jak ważne było to spotkanie. I mimo tego, że dotyczyło Ameryki, wiele rzeczy można było odnieść do naszej sytuacji.

Co podkreślali wszyscy prelegenci? Nowa Ewangelizacja to nie tylko nasza sprawa. To nade wszystko wielka troska Pana Boga, który pragnie, by wszystkie dzieci wróciły do Niego. Jakie z tego wynikają wnioski?

Nie ma ewangelizacji, która nie wynika z indywidualnego spotkania z Nim. Zawsze więc na pierwszym miejscu – modlitwa i osobista realcja z Panem Jezusem. Misjonarzem jest Kościół i my wszyscy. To nie stanowisko czy tytuł, to tożsamość każdego z nas. Gdy spotykamy żywego Pana Jezusa, chcemy przekazać to doświadczenie wszystkim. Chcemy się dzielić.

Duch Święty jest tym, który został nam obiecany, że nas w każdej sytuacji poprowadzi. To z kolei zmusza do ciągłej otwartości i wewnętrznej wolności. Zmusza także do nieustannej refleksji i reagowania na bieżące przekstałcenia. Struktura społeczeństw w wielu państwach się zmienia. Kiedyś były przede wszystkim wiejskie, dziś stają się głównie miejskie. To, co było kiedyś dobre, dziś już nie wystarcza. Np. w Toronto 50 % mieszkańców nie urodziła się w Kanadzie. To wystarczy, żeby zobaczyć, w jakiej szczęśliwej sytuacji my jesteśmy. Choć strktura naszego społeczeństwa też się zmienia na bardziej miejskie.

Parafia – wspólnota wspólnot. Ciągle to powtarzamy. I ciągle do tego trzeba wracać. Każdy z nas potrzebuje mniejszej wspólnoty, która daje poczucie bliskości i zrozumienia. Ale naszą misją nie jest służba naszej wspólnocie, ani nawet naszej parafii. Naszą misją jest… świat. Zdobyć świat dla Jezusa. Mówiło się o potrzebie zmiany naszej mentalności na misyjną. Wszyscy jesteśmy w misji. Zmienić nasze parafie w terytoria misyjne. Na przykład: każdego roku przyprowadzić 2 nowe małżeństwa na nasze spotkania. “Strach” pomyśleć co się stanie po 5 latach.

Każdego dnia zaczynaliśmy modlitwą w miejscu obrad, a kończyliśmy w Sanktuarium. Cieszyło mnie bardzo, że nie żałowano czasu na modlitwę. Nie było to więc teoretyczne mówienie o potrzebie modlitwy, ale raczej praktyczne realizowanie tego, o czym była mowa.

Z pamięcią o Was wszystkich

Padre J.

JC and I

Nasz legendarny Duszpasterz akademicki „Orzech” (ks. Stanisław Orzechowski) opowiadał nam czasami o swoim pomyśle na specjalny dzień spędzony z Panem Jezusem, zachęcając nas do tego samego. To dzień, w którym od rana zapraszał Go, by w szczególny sposób być razem we wszystkich kolejnych prostych sprawach, w dialogu serca najlepszych przyjaciół. Ale zachęcał, by dać temu wyraz także w tym, co zewnętrzne – na przykład nakryć do stołu dla dwóch osób, mimo że jesteśmy akurat sami.

Styl życia większości z nas, pełen spotkań i ludzi, nie daje możliwości, by był to aż cały dzień. Ale przecież bywają chociaż spokojniejsze jego części. W tym „specjalnym dniu” w aucie można nie kłaść torby na przednim siedzeniu, żeby podróżować bardziej „razem” (pewnie, że może nam te gesty są bardziej potrzebne niż Jemu). Gdy pamiętasz, że On jest obok, możesz pokazać Mu całkiem szczerze swoje pierwsze reakcje na różne sytuacje i otworzyć się na Jego ogląd spraw. Zupełnie inaczej przyjmiesz i wydarzenia, i obecność ludzi, pojawiających się w tym dniu, gdy dasz Mu wolną rękę prowadzenia Cię Jego miłością przez kolejne godziny.

Nawet gdyby dzień miał się rozpocząć wyprawą do fryzjera, jak mój wczoraj. I rzeczywiście, nie był to dzień ani trochę zwykły.

M

„JC and I”= „Jezus Chrystus i ja” – tytuł jednej z pogadanek z amerykańskiego programu dla nastolatków QUEST, który dawno temu robiliśmy we Wrocławiu. 

Kolorowy Meksyk

W ostatnim czasie zdarzyło mi się ładnych kilka razy przemieszczać się przez miasto w różnych kierunkach. W dużej części przejeżdżałem przez dzielnice raczej ubogie. To co mnie niezwykle uderzyło – to niezwykła kolorystyka tego miasta.

Typowa biedna dzielnica, jakich wiele możemy sobie wyobrazić w naszych miastach: stare domy, bardzo dawno nie remontowane; tu – zamiast szyby dykta, tam drzwi, które już nie spełniają swojej roli, bo bez zawiasów. A przecież każdy z domów żyje swoim życiem wypowiadanym innym kolorem. To nie odgórna decyzja władz miasta – to radosna twórczość mieszkańców, którzy malują swój świat na niebiesko, czerwono, zielono, żółto, w całej palecie odmian. Całe ulice pełne kolorowych domów. Nie udało mi się zrobić zdjęć (jeszcze nie, ale z pewnością je zrobię i wtedy umieszczę) i wiem, że opis tego nie oddaje.

Przypomina mi się moja dzielnica  z jej nieodłączną szarzyzną, wszystkie kamienice jednakowo szare. Nie mówię o nowoczesnych osiedlach, pięknie wymalowanych, mówię o dzielnicach, gdzie się turyści nie wybierają, a gdzie życie jest pełne kolorów. Kolory są mocne, różnorodne, i wszystkie tak bardzo ciepłe.

I wcale nie chodzi o ukrycie biedy. Ona sobie dalej istnieje, ale nie przytłacza swoją szarzyzną.

Pewnie jest wiele powodów, które za tym się kryją. Ale nie robię tu żadnych studiów antropologicznych. Po prostu dzielę się tylko tym, co mnie uderzyło po raz kolejny, gdy przejeżdżałem przez miasto.

Załączam tylko jedno zdjęcie z wnętrza.

Z pamięcią o Was,

Padre J.

IMG_1018

Ścieżka umarłych

Pamiętam, jak jeszcze w seminarium duchownym zachwycił nas Tolkien swoją Trylogią. Jak nam się wtedy (do dziś zresztą) wszystko podobało i ile w tym widzieliśmy inspiracji dla siebie i dla swojego życia. Każdy miał swojego bohatera, który go inspirował.
Pamiętam też, że bardzo nas zainspirowała ścieżka umarłych, na którą musiał wkroczyć Aragorn, żeby zdobyć sojuszników. Jak pamiętamy, umarli Ludzie z Gór pokonali korsarzy z Umbaru, sojuszników Saurona, i dopełniwszy przysięgi zostali zwolnieni i mogli zaznać pokoju po śmierci.

Zaczęliśmy wtedy nasze własne “ścieżki umarłych”: jeśli czyjeś życie w łonie mamy było zagrożone, modliliśmy się do dusz czyśćcowych, które znalazły się tam z powodu grzechów w tej dziedzinie, jeśli czyjeś małżeństwo było zagrożone, modliliśmy się do dusz, które znalazły się w czyśćcu z tego właśnie powodu. Wiedzieliśmy to przecież jakoś bardzo wyraźnie, że bardzo możemy liczyć na ich pomoc. Ale też i odwrotnie, wiedzieliśmy, że one sobie pomóc nie mogą i tylko nasza modlitwa skraca ich mękę. To dlatego Kościół w każdej Mszy św. się za nie modli i w Liturgii Godzin mamy każdego dnia modlitwy w ich intencji.

Przypomina się dziś trójka świętych. O. Pio, który całe swoje życie ofiarował za wyzwolenie dusz z czyśćca i prosił, byśmy oczyścili przez nasze modlitwy czyściec. Przypomina się Nowenna do Miłosierdzia Bożego św. Faustyny, dzień ósmy: „Dziś sprowadź mi dusze, które są w więzieniu czyśćcowym i zanurz je w przepaści miłosierdzia mojego, niechaj strumienie Krwi Mojej ochłodzą ich upalenie. Wszystkie te dusze są bardzo przeze mnie umiłowane, odpłacają się Mojej sprawiedliwości, w twojej mocy jest im przynieść ulgę. Bierz ze skarbca Mojego Kościoła wszystkie odpusty i ofiaruj za nie… O, gdybyś znała ich mękę, ustawicznie byś ofiarowała za nie jałmużnę ducha i spłacała ich długi Mojej sprawiedliwości”.

I robię sobie rachunek sumienia, że za mało serca w to wkładałem. Dziś niech będzie zaledwie początkiem większej troski o naszych Przyjaciół, którzy cierpią.

Wasz Padre J