Bogdan

Żył w ziemi polskiej człowiek imieniem Bogdan.
Był to rolnik, człowiek prosty i spokojny.
Miał żonę, dwóch synów i dwie córki.
Majętność jego stanowiło duże gospodarstwo rolne,
na którym pracował i o które się troszczył.

Pewnego dnia troje dzieci jego w wieku szkolnym
wraz z żoną i matką udały się na zakupy.
Rok szkolny się zaczął,
uzupełnić potrzebne rzeczy należało.

Późno się zrobiło,
żona, córki dwie i syn nie wracają.
Telefonu nie odbierają.

Wypadek był na trasie, tir najechał na osobowy samochód
– sąsiad przyszedł, by mu o tym powiedzieć.

Pojechał Bogdan na miejsce wskazane.
O mało co nie upadł na ziemię. Jeszcze nie jest w stanie wyszeptać:
Dał Pan i zabrał Pan.
Jeszcze nie jest w stanie wyszeptać:
Niech imię Pańskie będzie błogosławione.

Usłyszeli ludzie o wszystkim, co na niego spadło.
I przybiegli czym prędzej.
Redaktorzy i dziennikarze z lokalnej prasy.
Telefon zadzwonił:
Jestem pana przyjacielem, mogę pomóc.
Jestem prawnikiem.
Proszę, to mój telefon …
Kolejny wjechał na podwórze, wizytówkę zostawił.
Też prawnik.

I przyszli inni, rodzina, sąsiedzi, proboszcz.
Zorganizowali pogrzeb.
Wszystkim się zajęli.
Była cała szkoła, do której dzieci chodziły.
Ludzie z wiosek tłumnie przybyli.
Wśród bólu i łez odbył się pogrzeb.
Cztery trumny w jednej wspólnej mogile.

Cisza nastała.
Koniec stał się początkiem najtrudniejszego.
Został Bogdan z małym, dwuletnim synkiem.
Nie jest w stanie wyszeptać:
Dał Pan, zabrał Pan.
Nie jest w stanie wyszeptać:
Niech będzie imię Pańskie błogosławione.

Proszę: obejmijcie modlitwą Bogdana – współczesnego Hioba.
Bo teraz mu ta nasza modlitwa najbardziej potrzebna.

s. Nazaria

rodzicielstwo jakościowe

– czyli przeświadczenie, że im mniej dzieci „mamy”, tym więcej od nas mogą otrzymać. W prostym rachunku wychodzi, że według tej koncepcji idealną liczbą jest 1.

To właśnie przyszło mi do głowy, gdy wczoraj wymieniałam „drugie śniadania dla 1,2,3…, 6,… dzieci.” Zaraz przypomniał mi się wywiad z Robertem „Litzą” Friedrichem w Dzień Dobry TVN na temat tego, ile dzieci „warto mieć”. Litza, jak wiadomo, jest ojcem siedmiorga. Druga z zaproszonych osób opowiadała o tym, dlaczego tylko jedno – za to, jak sugerują badania – „wyższej jakości” (10-minutowy wywiad TU*, bardzo zachęcam do obejrzenia, jeśli Czytelnik jeszcze nie widział).

„Rodzicielstwo jakościowe” zamyka drzwi przed rodzeństwem i zostawia biednego jedynaka z bagażem wszystkich oczekiwań i ciężarem całej „miłości” rodziców. W nadziei, że dziecko tę „doskonałość rodzicielską” jakoś swojej mamie i tacie potwierdzi.

A przecież dzieci – to nie własność, nie narzędzie samopotwierdzenia czy dowartościowania, ale dar. Dar, który przychodzi mimo naszych obciążeń i rodzicielskich błędów. Ktoś kiedyś powiedział: „Jeśli aby mieć dzieci, trzeba być doskonałym, to Chrystus umarł na darmo”. A ponieważ umarł i zmartwychwstał, może działać w naszych rodzinach, wzmacniać, co mocne i wspierać nas, ilekroć jesteśmy słabi.

M

*z powodu ochrony praw autorskich video jest dostępne niestety tylko na stronie TVN.

lepsze „razem”

W sobotę bawiliśmy się na weselu u rodziny. Przed ołtarzem stali Młodzi, odświętni, cali w emocjach, u początku drogi. Na weselnej sali z kryształowych żyrandolem – wiele par z różnym stażem i w różnej kondycji związku. A także ci, co w separacji czy też nawet po rozwodzie. I ci, co jeszcze szukają. Ileż energii, czasu i cierpienia kosztują sprawy związane z „drugą połówką”.

Patrzę, jak rodzice Pana Młodego wirują fantastycznie w walcu dookoła niemal pustego parkietu, gdy inni już zmęczeni. Z lekkością ogromną, zapatrzeni w siebie. Zawsze ich takich pamiętam, od kiedy poznałam rodzinę mojego Męża. Emerytowany nadsztygar i księgowa ze szpitala. Siedem lat temu zapisali się na kurs tańca. Razem odbyli podróż do Kanady, razem jeżdżą na rowerze. Trzydzieści jeden lat po ślubie. Rozmowa z nimi to czerpanie pogodnej życiowej mądrości – i tylu jeszcze pomysłów na ciekawe, wartościowe życie. Razem.

I nie wiem, jak to jest, że jednym „się układa”, a losy innych toczą się w rytm rozczarowań i tragedii. I już cieszę się, że znowu będziemy pomagać w organizacji Programów Rozwoju Relacji Małżeńskiej we Wrocławiu, które w swoim wczorajszym wpisie zapowiedział ks. Jarosław. Bowiem szczęściu można pomóc.

Absolwentów Programu 1 zapraszamy na Program 2: MY+Rodzina, 13-15 września (szczegóły TU). A tych, co jeszcze nie przeżyli uczestnictwa w „Jedynce”, zachęcamy do udziału w JA+TY=MY, 5-6 października. Zwłaszcza że szansa na następny program prowadzony przez ks. Szymczaka w Polsce będzie dopiero po październiku 2014.

Wrocław zaprasza. 🙂

plakat240813b

Jazz

Nowy Orlean jest kolebką jazzu. To stąd pochodził Louis Armstrong. To tu znajduje się niezwykle klimatyczny klub Preservation Hall, gdzie każdego dnia odbywają się koncerty. Ale nie tylko. Muzyka na żywo jest praktycznie wszędzie. W wielu restauracjach, pubach, klubach i oczywiście na ulicach. Wygląda to właściwie tak, jakby każdy żył tu muzyką. Można spotkać gitarzystów, trąbkarzy, perkusistów, tych, co stepują i tych, co śpiewają. Gdy tylko nadchodzi wieczór, French Quarter zamienia się w jedną wielką salę koncertową. Trudno przejść bez pragnienia, żeby poruszać się raczej tanecznym krokiem niż normalnym. Ludzie zatrzymują się przy muzykach, czasem trochę dłużej, czasem tylko na chwilę, ale nikt nie jest w stanie ich ignorować. Kiedy byłem pierwszy raz w Preservation Hall, miałem wrażenie, że oni nie grają muzyki – oni pozwalają jej jedynie wypłynąć z ich wnętrza na powierzchnię przez instrumenty, ciała, głosy, ruchy. Tu muzyka jest istotną częścią tożsamości.

W wielu miejscach na świecie spotkałem muzyków grających na ulicach, ale to, czego doświadcza się tutaj, nie mieści się w żadnej definicji ulicznego koncertowania. To coś więcej niż umiejętności: to serce, to pasja.

I pomyśleć, że każdy z nas ma coś takiego w sobie, co jest jego osobistym darem, jego własnym sercem, jego pasją. Czasem bardzo dyskretnym, może wstydliwie ukrywanym, ale przecież Bóg, który każdego z nas powołał do istnienia po imieniu, nie zapomniał o pozostawieniu w każdym z nas siebie, bo na swój obraz i podobieństwo nas stworzył. A Jego w kreatywności nikt nie prześcignie. Więc choć trochę zazdroszczę muzykom ich talentu i chciałbym tak jak oni rozumieć muzykę i ją grać, dziękuję jednocześnie za swoje życie i talenty, którymi też pragnę służyć.

Już z podróży powrotnej do Domu, szczęśliwy, że mogłem tu być i że już wracam

Fr. Jay

Śp. Janina Filipczuk

Obrady American Academy of FertilityCare Professionals zakończyły się bardzo miłym dla nas akcentem. Śp. Janina została uhonorowana nagrodą, która trafi do jej rodziny. Osoba przedstawiająca jej dorobek bardzo mocno wyakcentowała jej niezwykłe zaangażowanie w przyniesienie NaPro do Polski.

Do dziś żywo pamiętam jej pobyt w Łomiankach i nasze spotkania pełne planów i projektów. To dzięki niej znalazłem się w Omaha i rozpoczęła się niezwykła przyjaźń z Instytutem Papieża Pawła VI.

Dziś oba Instytuty, ten w Omaha i nasz w Łomiankach łączy oficjalna współpraca, a przecież jeszcze bardziej nas łączy to samo pragnienie niesienia Dobrej Nowiny o małżeństwie i rodzinie. U początków tej przyjaźni jest śp. Janina. Jak dobrze, że organizatorzy pomyśleli o tej, która gdziekolwiek się pojawiała, wnosiła ze sobą dynamizm, entuzjazm i dużo ciepła.

Polecamy Janinę Bożemu Miłosierdziu, ale też i jej dalszej trosce – NaPro w naszej Ojczyźnie.

z New Orleans ciągle

Fr. Jay

70. urodziny dr Hilgersa

Dziś świętowaliśmy 70. rocznicę urodzin dr Hilgersa. To dzięki niemu jesteśmy tu wszyscy. Gdyby nie jego odczytanie przesłania kochanego Papieża Pawła VI w „Humanae vitae”, nie byłoby ani Modelu Creightona, ani NaProTechnology, ani corocznych spotkań. Każdy więc chciał w wyjątkowy sposób uczcić tę rocznicę.

Dr. Hilgers

Ostatnie chwile dnia dr Hilgers spędził w gronie najbliższych. Przybyli więc na to spotkanie i najmłodszy z rodziny – Matthew, i jedyna córka – młoda pani doktor, Teresa, która podobnie jak tata jest ginekologiem-położnikiem, i najstarszy syn Paul. Pozostali synowie – Steven i Mike świętowali w swoich rodzinach, choć w łączności telefonicznej. Tego samego dnia 30 lat temu urodziła się także córka Ann Prebil, współtwórczyni Modelu Creightona – Mary (podobnie córka dr Hilgersa, Teresa, urodziła się tego samego dnia, co mąż Ann). Obchodziliśmy więc razem ich 100 rocznicę urodzin. 🙂

Dr. Hilgers and Mary Prebil

Cieszę się, że mogłem być świadkiem tego rodzinnego wydarzenia. Tak wiele zawdzięczamy Thomasowi Higersowi. Modlimy się za niego i pragniemy, by Bóg zachował go jeszcze na długie lata. A wszystko to we wspomnienie świętej wrocławianki – Edyty Stein, Teresy Benedykty.

Z modlitwą i życzeniem – Many happy returns dla dostajnego Jubilata

Fr. Jay

 

czytelnia

Zapraszamy do czytania zaprzyjaźnionego bloga na stronie:

http://ecclesiasta.wordpress.com  .

Jego autorem jest Dariusz Skrętowski, mąż i ojciec piątki dzieci, z wykształcenia historyk, znany w swoim środowisku z prawdziwej pasji przedmiotu. Rodzina Skrętowskich należy do warszawskiego Ogniska Świętej Rodziny.

Nowo powstały blog będzie oscylował wokół wiary, teologii i Pisma Świętego, choć jak zapowiada Autor, zapewne nie uda mu się uniknąć tematów związanych z historią Polski, zwłaszcza najnowszą.

Już czekamy na kolejne wpisy.

Zespół Przystani

Towarzysząc Sue…

To były niezwykłe dni. W kilka osób (z s. Ewą, Boromeuszką i naszą redakcyjną Gosią) towarzyszyliśmy Sue Hilgers w jej spotkaniach we Wrocławiu i Częstochowie.

Jestem kolejny raz pod ogromnym wrażeniem jej oddania, służby i niezwykłego entuzjazmu, jaki wnosi we wszystko, co robi. Dla każdego miała całą swoją uwagę, każdego zauważyła, dla każdego miała dobre słowo i wszystkich odbierała w tym, co jest jego własnym darem. Nieważne, czy to były wywiady w radio, spotkania z dużymi grupami, czy indywidualne rozmowy. Człowiek, który służy cywilizacji życia i miłości przez całe swoje życie, jest taki we wszystkim, co robi.

Choć przejechaliśmy razem spory kawałek Polski, ze spotkania na spotkanie, nigdy nie uskarzala sie na zmęczenie. Proste słowa, pełne humoru i szacunku dla każdego spotkanego człowieka. Nieważne, czy to malutkie dziecko, czy staruszka, utytułowany naukowiec czy student – liczy się tylko ten moment spotkania i dobro, które może z tego wyniknąć.

Niewiele było czasu na sen, niewiele miejsca w grafiku na na odpoczynek, ale zmęczenie jest tak przepełnione radością, że tyle dobra było nam dane zobaczyć.

Dziś pożegnanie. Wszyscy mamy najbliższe dni wypełnione na nowo spotkaniami, nadrabianiem zaległości. Wchodzimy w nie z nowym zaangażowaniem, z tą samą misją – zobaczyć piękno w każdym.

Niech dziś i jutro będzie dla każdego z nas darem, niech nasze spotkania wnoszą w życie innych radość życia, które jest darem Boga.

Z modlitwą za każdą i każdego z Was

ks. Jarosław

Północ – ciąg dalszy

Ponieważ nasi są wszędzie, więc wybieram się na zwiedzanie okolic z Wigą, Krakowianką, żoną Francuza i mamą 4 córek. Jej rodzice należeli do tego grona, które razem z bł. Karolem Wojtyłą wybierało się na kajaki; ona sama także z racji studiów w Rzymie miała szczęście bywać u bł. Papieża. 

Wszystkie ważne miejsca dla historii Nowej Zelandii.

Ale najpierw rozwiązanie zagadki: jak rośnie kiwi? Na krzakach. Taki trochę większy agrest.

To nie kartofle…

kiwi

Tak rosną
kiwi3

Ostał się ino jeden. Po sezonie już. 

kiwi4

Potem oglądam zatokę, gdzie wpłynęły pierwsze statki białego człowieka. Tu także wpłynął pierwszy biskup katolicki, który niedaleko tego miejsca odprawił pierwszą Mszę św. Niestety nie dałem rady (tym razem) tam zawitać.

Tu wpłynęły pierwsze statki białych ludzi:

pierwsze statki

A tak mogła wyglądać NZ przed przybyciem osadników:

przed ludzmi

Kierujemy się na południe do prastarego lasu. Jechaliśmy długo, ale jak tylko stanąłem przy drzewie, to wiedziałem, że warto. Czegoś takiego jak żyję nie widziałem. Wracam pamięcią do naszego dębu Mieszko na Wyspie Wolin. Ileż to drzewo „pamięta”…

las

cudo

I mały człowieczek:

drzewo 2

tane mahuta

Potem skracamy trochę trasę wybierając skrót, czyli promem na drugą stronę.

promem

Tym razem zatoka, którą początkowo Cook wziął za część morza, bo widział tylko wyspę, ale gdy podniosły się mgły, zobaczył połączenie lądowe. Stwierdził, że to bez wątpienia zatoka. I tak już zostało: Doubtless Bay. I na jej dnie leżał kabel położony z Australii, żeby Kiwi mieli kontakt ze światem.

Doubtless BayTu leżał kabel

kabel1kabel2

Nie ma czasu na najlepszą rybę w Nowej Zelandii. Tylko przejeżdżamy obok. A szkoda. Następnym razem… obiecuję sobie. 🙂

fish&chips

I lokalne kontrasty: zielona palma i jesienne drzewo.

kontrasty

Zaczyna się powoli robić ciemno. Krajobraz ucieka…

krajobraz ucieka

W domu Moniki i Jacka, gdzie docieram ok. 21, czeka na mnie jeszcze obiad. I ostatnie rozmowy. Choć z Jackiem widzieliśmy się ostatni raz w 1976 roku, a jego żonę Monikę poznałem dopiero tutaj, czułem się u nich jak w domu. Otoczony najserdeczniejszą opieką. Zatroszczyli się o wszystkie szczegóły: mapy, posiłki, wyprawkę na wyprawę, samochód, telefon na wypadek wszelki, itp., itd. I jeszcze bladym świtem odwiozą mnie na lotnisko.

Gospodarze

Gospodarze

Po raz ostatni oglądam z NZ krzyż południa. Niebo już znowu zasnute chmurami. Po prostu koniec wakacji.

W sumie 1500 km. I to tylko na wyspie północnej. A południowa? Zabrakło mi 100 km, żeby dotrzeć na sam kraniec północy kraniec wyspy. Ale ile udało mi się zobaczyć.

Cieszę się, że choć w tej formie mogłem Was zabrać. No bo jak oglądać takie cuda, gdy nie ma się z kim tym podzielić?

Z pamięcią o Was wszystkich

z ostatnich chwil w Nowej Zelandii

ks. Jarosław

Za mną już tylko Australia:

coast

Spotkanie z Polonią

Najpierw dzień skupienia. Mój własny, wytęskniony. Spokojny. Taki na zatrzymanie się: z Matką Bożą, Słowem Bożym i długą adoracją. Pan Jezus sam się o nią zatroszczył, bo kiedy poszedłem do kościoła parafialnego trafiłem na wystawiony Najświętszy Sakrament. To był wspaniały prezent tego dnia.

Z Panem Jezusem

Z Panem Jezusem 2

Wieczorem spotkanie z lokalną Polonią. W różnym wieku, z różną historią. Od 70 lat w Nowej Zelandii (od 1944 roku wraz z tysiącem polskich sierot), po 4 lata. Tyle historii, tyle przeżyć.

Msza św. z homilią i potem konferencja. Przedstawia mnie Jacek w bardzo serdeczny sposób, przypominając niektóre historie z naszego wspólnego zamieszkiwania w internacie. Że też o tym pamiętał… ?

Po konferencji jeszcze wspólne spotkanie, ale już przy herbacie i ciastkach. Rozmowy w grupkach i nikt nie chce wychodzić. Umawiamy się zatem, że jeszcze raz się musimy spotkać. Za rok. I na dłużej (tylko w innym miesiącu; nie dam się więcej nabrać na jesień 😉 )

Jutro ruszam w trasę. Samochód już mam. Mapy spakowane. Trasa wyznaczona. Anioł Stróż będzie robił za pilota. Jedziemy we dwójkę. Podróż po hobbicku, czyli an unexpected journey. 

Mam nadzieję, że uda mi się na bieżąco zdawać relację.

ks. Jarosław

(oczywiście zabieram tam wszystkich miłośników Tolkiena)

IMG_0488IMG_0489IMG_0490IMG_0491IMG_0492IMG_0494