światło

Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi. (Mk 5, 15)

A przecież nie chodzi o jakieś „świecenie przykładem”, o nachalną dydaktykę, o zbiór nawet może jakiś socjotechnik, o wydanie się innym, lepszym, niż się jest.

Jakiekolwiek światło mogłoby się z nas wydobywać, może pochodzić jedynie z wnętrza, do którego wpuszczamy Jego światło. Będzie świecić wtedy, gdy sami Jemu pozwolimy się zagarnąć, przemieniać, kochać; zawsze i nieskończenie jako biorcy, bo w słabości jest jeszcze bliżej nas, by nas dźwigać. I prowadzić za rękę po wodzie codziennych wyborów.

Niech to konieczne do życia światło wypełni nasze domy – potem samo udzieli się dalej.

natural-scenery-morning-sunbeams-beautiful-hq-for-pc-205801

M

Reklamy

skarby i świnie

A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic. (Mk 5,16)

Nasze rozmaite skarby. I wolność serca. Podzielił się ze mną serdeczny kolega, który wszedł z żoną właśnie na Drogę neokatechumenalną, że nie potrafiłby jeszcze zostawić domu, miasta i jechać na misje. Rozmawialiśmy.

Mam za sobą już tak bardzo radykalne decyzje zostawiania wszystkiego. Coraz bardziej jednak doświadczam, że Pan Bóg nie jest siłą odbierającą, ale obdarowującą. I mam wrażenie, że obchodzi się On bardzo delikatnie ze sprawami nam drogimi – właśnie dlatego, że są drogie. Poza sytuacjami grzechu, z którym – jak ze świniami z dzisiejszej Ewangelii – najlepiej się rozstać w trybie pilnym, ofiarowywanie Mu naszych skarbów może się dokonywać w wielkim zaufaniu.

Jeśli będzie potrzeba coś przewartościować, w pewnym sensie – „stracić” – to tylko dlatego, by to otrzymać w nowej postaci. Bo zbyt absorbowało, bo skarb był za dużym balastem w drodze, bo obchodziliśmy się z nim w raniący dla nas samych sposób. A przecież i ja, i Ty – to dla Niego największy skarb. Ofiarując Mu siebie i wszystko, co nasze, składamy depozyt w najbezpieczniejsze miejsce. „Kładę się, zasypiam i znowu się budzę, ponieważ Pan mnie wspomaga” (Ps 3,5).  Nosi nas w sercu.

M

ziarnko

„(Królestwo Boże) … Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane wyrasta i staje się większe od jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu.” (Mk 4,31-32)

Miałam to szczęście, że moi Rodzice zasiali moje ziarnko gorczycy, moją wiarę, na Chrzcie świętym. A ono zakiełkowało i wzrastało.

Wiara ma to do siebie, że jak to ziarnko, gdy będzie mieć dobre warunki, będzie pielęgnowana, to będzie rozwijać się i wzrastać do takich rozmiarów, że w gałęziach naszej wiary mogą znaleźć bezpieczne schronienie nasze dzieci, mogą się wesprzeć słabi, chorzy, wątpiący.

Wszytko, o co muszę zadbać, to o dobre warunki do wzrostu.

Dorota

Boży dom

Czy ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie?” (2 Sm 7, 5)

To pytanie do mnie – żony i mamy. Tak, jakby Pan tęsknił  za zamieszkaniem w rodzinie, jak kiedyś. I chce być członkiem mojej rodziny. Jaki dom Mu buduję? Czy Jezus odnajduje w niej ślady Świętej Rodziny- tej najdroższej i najbliższej Jemu?

Jego domem jest również moje serce. Stało się nim w momencie chrztu św. Staje się nim w szczególny sposób, gdy przyjmuję Jego Ciało i Krew.

Młodziutka karmelitanka bł. Elżbieta od Trójcy Świętej tak pisała: „W moim wnętrzu istnieje pustelnia, w której przebywa Chrystus, i nikt nie jest w stanie mnie jej pozbawić”. Spotkanie z Nim we własnym sercu – źródło równowagi, mocy i radości.

Basia

nie chce być sam

„Któż jest moją matką i którzy są braćmi?” (Mk 3, 33)

Dlaczego Bóg szuka wzrokiem rodziny? Czy sam w sobie nie jest szczęśliwy, pełny? Wydawałoby się, że nie ma bardziej samowystarczalnego bytu.

Rozglądamy się nieraz wokół siebie w podobny sposób, może zwłaszcza w momentach, gdy wydaje się nam, że nasze dłonie łapią powietrze szukając oparcia. Potrzebujemy do życia więzi, poza wyjątkowymi przypadkami głębokiej socjopatii. Ale nawet serialowy Dr House miał swojego Wilsona. Potrzebujemy silnej więzi małżeńskiej na dobre i na złe. Potrzebujemy dobrych relacji z dziećmi. Potrzebujemy przyjaciół, powierników, przewodników. Nawet „dzień dobry” w sklepie otwiera nas na drugą osobę, z jej kłopotem znalezienia właściwego guzika na kasie fiskalnej. Pragniemy więcej niż tylko „załatwiać sprawy”.

Zdumiewa, że i On pragnie więzi. Więzi ze mną. Sam przyszedł to pokrewieństwo mi podarować, kosztowało Go przecież drogo, ale tak bardzo chciał zbliżyć się do mnie. Po to przyszedł na świat. I jeszcze podpowiedź, jak tę więź umacniać: szukając woli Ojca, za nią podążając. Nieważne, że przez wywrotki. Przez moje „tak, chcę być Twoją siostrą/bratem, zabierz mnie ‚do siebie’, spraw we mnie to, czego jeszcze nie potrafię”.

To zawsze nowy początek wielkiej przygody.

M

Duch Święty

wspomniany dziś w Ewangelii. Tak bardzo obecny w naszym życiu. Wzywany w czasie sprawowania Euchrystii i w czasie sprawowania Sakramentu Małżeństwa. Bez Niego nie było by rozgrzeszenia grzechów w Sakramencie Pojednania. A jednocześnie, choć tak ważny, tak dyskretny, że można Go nie zauważyć. Jak na naszej ikonie Rodziny Świętej. To wielkie zielone koło to On. Nikogo sobą nie przesłania. Obecny w każdym słowie i czynie Pana Jezusa. Miłość Ojca.

Bł. Maria, Mała Arabka, prosiła kapłanów, by w każdym miesiącu odprawili Mszę św. wotywną do Ducha Świętego. Tak bardzo potrzeba Go w naszych rodzinach.

Ale o tym niech już opowie ona sama: “Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, ktokolwiek będzie wzywał Ducha Świętego, będzie Mnie szukał i Mnie znajdzie, znajdzie Mnie przez Niego. Jego świadomość będzie delikatna jak polny kwiat. I jeżeli będzie to ojciec lub matka, pokój będzie w jego rodzinie. I pokój będzie w jego sercu zarówno w tym, jak i w przyszłym, świecie. Nie umrze w ciemności, ale w pokoju.

Żarliwie pragnę, byś powiedziała, że wszyscy kapłani, którzy odprawią Mszę św. raz w miesiącu do Ducha Świętego, uczczą mnie. A ktokolwiek Mnie uczci i będzie uczestniczył w tej Mszy św., będzie uczczony przez samego Ducha Świętego; i będzie miał w sobie światło; w głębi jego duszy będzie pokój. To On przyjdzie uleczyć chorych i obudzić tych, którzy śpią. A na dowód tego, ci wszyscy, którzy będą odprawiać tę Mszę św., albo będą w niej uczestniczyć, i którzy będą wzywać Ducha Świętego, nie wyjdą z tej Mszy św. nie doznawszy tego pokoju w głębi swej duszy. I nie umrą w ciemnościach”. [Za:] Bienheureuse Marie de Jésus Crucifié, Pensées, Editions du Serviteur, 1993, s. 85.

Niech Duch Święty nam od poniedziałku towarzyszy. Z Nim będzie łatwiej przeżyć ten tydzień tak, żeby nasze rodziny były piękniejsze.

Z pamięcią

Fr. Jay

Jonatan

„… dusza Jonatana przylgnęła całkowicie do duszy Dawida. (…) Jonatan zaś zawarł z Dawidem związek przyjaźni, umiłował go bowiem jak samego siebie”. (1 Sm 18, 1.3)

Tak zaczyna się historia przepięknej przyjaźni Jonatana i Dawida – od „przylgnięcia dusz”. Jak pięknym, bezinteresownym  darem Jonatan był dla Dawida. Nie doszukałam się w ich historii takiego momentu, w którym Jonatan oczekiwałby czegoś od Dawida w zamian za wyświadczane dobro. Jonatan potrafił bowiem pięknie kochać – bardzo ofiarnie, szlachetnie, nie myśląc o sobie.

A dziś czytamy, jak Jonatan ostrzega Dawida i z żarliwością wstawia się za nim u swego ojca, przyczyniając się do tego, ze Saul rezygnuje (tymczasowo) z zamiaru zabicia Dawida (1 Sm 18,6-9;19,1-7). Jonatan nie raz narażał się ojcu broniąc Dawida, wystawiając się na ryzyko gniewu Saula, a nawet utratę własnej pozycji. Wciąż czuwał nad Dawidem – ostrzegał, spieszył z konkretną pomocą, „umacniał w Bogu” (1 Sm 23, 16) – a wszystko to jakby „pod górkę”, bo często w warunkach ekstremalnych i wbrew woli ojca. Co więcej: sam zrzeka się godności królewskiej na rzecz Dawida: „ty będziesz królem nad Izraelem, ja zaś będę drugim po tobie” (1 Sm 23,17).

Wzór przyjaciela, odważnego i wiernego, który nie jawi się wcale jako ktoś, kto jest  świadomy tego, że podejmuje względem Dawida jakieś wielkie ofiary czy akty heroizmu. I pewnie wcale nawet nie myślał w tych kategoriach…

„Oto Pan między mną a Tobą na wieki” (1 Sm 20, 23) – recepta na piękną i trwałą przyjaźń.

Basia