Westport-Christchurch

Po bardzo wczesnej pobudce, żeby zdążyć na autobus, który ma nas zawieść na miejsce startu, trafiamy od razu w atmosferę, która na wszystkich maratonach jest podobna. Jest serdecznie, tłumnie, międzynarodowo i wielojęzycznie. To pierwszy maraton, gdzie na miejsce startu zawożą nas autobusy. Półmaraton trochę bliżej, a maraton trochę dalej. Jeszcze raz oglądamy trasę przez okno autobusu. Jedziemy i jedziemy… pomyśleć, że za chwilę będziemy tę trasę pokonywać biegiem.

Trasa maratonu i półmaratonu jest dostępna także dla piechurów, którzy startują odpowiednio o 5.30 i o 8.30 rano. Różnimy się tylko kolorami naszych numerów startowych.

Buller Marathon to przedsięwzięcie całego miasta. Wszystkie stacje z wodą i gąbkami obsługiwane są przez mieszkańców, w szczególności uczniów miejscowych szkół.

Trochę się dziwimy, kiedy nad naszym miejscem startu pojawia się helikopter. Okazuje się, że to nie lokalna telewizja, tylko … taksówka, która dowozi jeszcze dwukrotnie zawodników na start. Wreszcie ruszamy. Cel jest zawsze ten sam: dobiec do końca. I udaje się. Żadnego zatrzymania. Wyznaczałem sobie tylko “cele”, które chcę dogonić. W tym roku to byli zawodnicy w żółtych koszulkach. Dogonić, wyprzedzić i “ścigać” następnego. Górek nie brakowało. Na szczęście widoki rekompensowały trud. Jak mawia mój przyjaciel, który zdecydowanie więcej biega maratonów niż ja – wyniku nie ma, ale wstydu też nie ma.

Po biegu Msza św., pożegnanie z ks. Proboszczem, który także startował w półmaratonie i jedziemy do Chistchurch. Tu spotkanie z Polonią, umówione spotkania z kilkoma małżeństwami i spotkanie z instruktorką Modelu Creightona.

W poniedziałek Paul wraca do Omaha, a ja zostaję głosić najpierw rekolekcje, a potem Program 1.

Fr Jay

 

Westport Buller Marathon

– the most scenic atlethic event in New Zeland.

Tak o nim mówią. Dziś mieliśmy okazję przekonać się jak wygląda z samochodu. Jutro – jak się biegnie. To dziś i jutro jest trochę oszukane, bo nasze dziś jest Waszym wczoraj (12 godzin różnicy), ale z perspektywy Kiwi (jak mówią o sobie mieszkańcy Nowej Zelandii) tak to wygląda.

Jesteśmy tu razem z Paulem Hilgersem, synem Państwa Hilgersów. Naszym celem jest dotarcie do Instruktorów Modelu Creightona, zapoznanie się z ich sytuacją, i zaprezentowanie naszych Programów. Mamy szczęście trafiać także na księży, którzy rozumieją potrzebę pracy z małżeństwami. Startujemy więc z Programem po raz pierwszy na drugiej półkuli, gdzie świeci nad nami w nocy Krzyż Południa.

Ale pobyt w Nowej Zelandii to także okazja spotkania się z nieliczną Polonią (z rekolekcje dla nich) oraz – nie ma co ukrywać – także poznanie tego pięknego kraju. I choć spędzamy w samochodzie mnóstwo czasu, żeby dotrzeć we wszystkie zaplanowane miejsca, to każdy kilometr jest sowicie wynagrodzony przez krajobrazy. Przewodniki radzą, żeby nie podróżować w nocy. I to wcale nie dlatego, że mogłoby być niebezpiecznie. To nie w Nowej Zelandii. Tu się nie podróżuje w nocy, bo szkoda widoków. Dosłownie za każdym zakrętem jest nowy widok, który zapiera dech w piersiach.

Na trasie naszej podróży znalazł się także maraton w Westport. Miasto górnicze. Nad Morzem Tasmana. I górski maraton. Niestety kontuzja, której ciągle nie mogę się pozbyć, zmusiła mnie do zmiany kategorii biegu z maratonu na półmaraton. Mam nadzieję, że ten dam radę przebiec.

Pozdrawiając Was serdecznie

ks. Jarosław 

PS. Przepraszam za ciszę w pojawianiu się na blogu, ale z racji sporych odległości do pokonania i codziennego pisania krótkich rozważań na temat Słowa Bożego z dnia w języku angielskim – na blog już nie było… siły.

Głowa i serce

„Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył” (J 20, 8)

Najmłodszy z Apostołów i najukochańszy, a jednocześnie pokorny i pełen szacunku. “Przybył pierwszy do grobu”, ale to Piotr był tym, który wszedł do grobu pierwszy. Miłować Pana Jezusa oznacza także miłować Kościół. Choć św. Jan był tym, którego Pan Jezus tak bardzo miłował, to jednak na pierwszego Papieża wybrał św. Piotra. Tam, gdzie jest prawdziwa miłość, tam też jest i porządek.

Przypomina mi to stare (choć raczej kiepskie) powiedzenie, że mąż jest w rodzinie głową, a kobieta… szyją, która tą głową kręci. Nie ma to powiedzienie nic wspólnego z teologią małżeństwa i rodziny. Przynajmniej w drugiej części. Prawda teologiczna jest taka, że mąż jest głową rodziny, a kobieta sercem. Żadna opozycja, tylko komplementarność. Głowa bez serca to dość kiepski pomysł, ale też i serce bez głowy – podobnie.

Tak wierzy mój Kościół, który kocham. Wszystkie role są potrzebne, wszystkie charyzmaty są potrzebne, każdy jest potrzebny. Każdy!!! W służbie jednemu, świętemu, katolickiemu (powszechnemu) i apostolskiemu Kościołowi.

z serdeczną pamięcią o Was wszystkich

Padre J.

ps. Osobiście lubię ten fragment z jeszcze jednego powodu. Otóż jest to bardzo ważny, biblijny dowód na to, że bieganie jest częścią apostolskiego posługiwania. “Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy…” (J 20, 4).

Zatem kto biega, niech nie przestaje. Potrzebujemy szybkich apostołów. I pamiętajcie: pierwszy na mecie, wcale nie oznacza, że ważniejszy. Bieganie to nie tylko walka o miejsce na mecie; o wiele ważniejsza jest ta o miłość.

ps. 2. Pamiętajcie więc proszę o moim kolejnym starcie: 8 lute go 2014. Mój piąty maraton. Oby zawsze był biegiem o większą miłość. 🙂

 

 

z modlitwą zawsze

 

Padre J.

 

 

WE RUN – Mexico

Pierwszy raz w życiu uczestniczyłem w biegu ulicznym, w którym uczestniczyło 20.000 uczestników. Mój największy do tej pory to był bieg w którym uczestniczyło 12.000. Doświadczenie niezwykłe. Najpierw trzeba dotrzeć na miejsce, co nie jest łatwe, bo ulice już pozamykane. Ostatni odcinek już pokonuję biegiem, żeby zdążyć na start. A tu jeszcze trzeba się dostać na do wąskiej przestrzeni wydzielonej ustawionymi barierkami, które pozwalają opanować ten ogrom biegaczy. Po iluś tam metrach, gdy końca nie widać, decyzja – przeciskam się między szczeblami i dołączam do startujących.

Widok niesamowity. Wszyscy w czerwonych koszulkach. Jeden długi korowód. Słyszymy przez głośniki start. Punktualnie o 7.00 ruszyli pierwsi zawodnicy. Na nas przyszedł czas 18 minut później. Trasa tak była ułożona, że kilka razy widzieliśmy się w czasie biegu, tzn. ja, gdy wbiegałem w jedną ulicę to widziałem zawodników, którzy ją opuszczali, ale też i to samo mnie się przydarzyło. Najszybszy zawodnik przebiegł trasę w 31:03, co prawdopodobnie było tuż po wyruszeniu w trasę ostatniego zawodnika.

Ukończyłem bieg w czasie netto 57:23, co dało mi 504. miejsce w mojej kategorii, 2 512. w generalnej męskiej  i 3 624. w całkowitej. Jak się do tego jeszcze doda wysokość 2 240 m n.p.m. – to już się czuję zupełnie wyjątkowo. 

Co jest wyjątkowego w tym biegu? To nie tylko ilość biegaczy. Najciekawszy jest pomysł – rywalizacja pomiędzy poszczególnymi dzielnicami Meksyku. Każdy zawodnik może startować, żeby zbierać punkty dla swojej dzielnicy. Wygrywają więc nie tylko indywidualni zawodnicy, ale też i dzielnice miasta. Stąd też wielu zawodników miało “zindywidualizowane” koszulki, gdzie można było zaznaczyć swoją dzielnicę i ile wcześniej przebiegniętych km chcę im przekazać. Ponieważ moja dzielnica (Łomianki Fabryczna) nie startowała w tym biegu, więc utożsamiłem się z tą, w której chwilowo mieszkam i podarowałem swój biegowy dorobek.

1465280_708466535832677_1992458229_n

WE RUN jest inicjatywą Nike, i w tym roku obchodzi swoje pięciolecie. 26 miast, 350 000 uczestników i 3 000 000 km przebiegniętych. Dystans od 5 K do maratonu.

W Warszawie ten bieg odbył się 6.10. i wzięło w nim udział 15.000 zawodników. Też na 10 K. Zachęcam do zaglądania na ich stronę, żeby zobaczyć kiedy będzie kolejny bieg. I już powoli się do niego szykować. Przeżycie jest niezwykłe. A 10 K to jest dystans dla każdego do opanowania. I ważne jest w tego rodzaju biegach, że każdy może wygrać. Bo w biegu rzeczą najważniejszą jest bieg… ukończyć. Czas jest rzeczą wtórną. Miłą, gdy jesteśmy szybsi od siebie, ale niekonieczną. Jak mawia mój kolega, gdy nie pobił swojego rekordu: wyniku nie ma, ale wstydu też nie ma. A wręcz przeciwnie – zawalczyć ze swoją słabością, zmusić się do treningu, narzucić sobie reżim… to zawsze przynosi owoce. Nie tylko w bieganiu.

1470118_708695172476480_1851137301_n

Z pamięcią o Was na wszystkich biegowych trasach

Padre J.

0817380001

dwugłos o bieganiu

Zapraszamy Czytelników do lektury tekstu na temat Maratonu Uznamskiego i biegania w ogóle, napisanego przez Ewę Rozkrut i ks. Jarosława Szymczaka dla portalu Mateusz.pl:

„Bieg ukończyliśmy… Maraton Uznamski”

Ewa Rozkrut jest od 25 lat żoną, mamą sześciorga dzieci; zawodowo – pedagogiem, dziennikarką i współzałożycielką portalu Mateusz.pl oraz autorką poradników o wychowaniu („Jak przygotować dziecko do I Komunii Świętej”, „Co robić, gdy dzieci się nudzą”).

Dobrego biegu dnia, z czasem znalezionym na modlitwę i świeżość patrzenia, dobre słowo i solidarność z nam Podarowanymi

Zespół Przystani

Łomiankowski maraton

trwa. Podobnie jak niedawno mieliśmy Program w czasie wrocławskiego maratonu, tak też i teraz nasze Programy odbywają się w czasie 35. Maratonu Warszawskiego. Programy, bo równolegle toczy się Program dla narzeczonych i Program 1. Kończę spotkanie z jedną grupą i biegnę na spotkanie z drugą. Jest to trochę męczące. Ale też i radość ogromna patrzeć, jak ludzie się coraz bardziej otwierają.

Dziś, podobnie jak maratończycy, ruszamy, słysząc od św. Pawła: „walcz w dobrych zawodach”. Malżonkowie i Narzeczeni także powinni widzieć swoje życie w długiej perspektywie. Wszyscy mają siły, żeby stanąć na starcie, a chodzi o to, żeby mieć siłę dobiec do mety. Tworzywa miłości, jakimi są uczuciowość i zmyslowość, muszą być odpowiednio pielęgnowanie, by starczyło na długo. Glikogen w mięśniach starcza na jakieś 28 km. Potem jest „ściana” i biegnie sie wolą. Ale żeby ona pociągnęła ostatnie 12-14 km, musi być silna, więc ćwiczona każdego dnia. To dlatego taki reżim treningów: wiernie, niezależnie od pogody, wczorajszego dnia, czy nastroju – bo dziś trzeba. Na szczęście zawsze wraca się po treningu w lepszym stanie ducha niż przed.

Dlatego też i w życiu małżeńskim potrzeba codziennych drobnych gestów wynikających z pamięci o dobru drugiej osoby i woli, a nie tylko z uczucia, żeby tę wolę ćwiczyć. Nie na dziś, ale na ten ostatni odcinek. Tzw. „przyzwyczajenie” w końcówce nie działa. Nie da sie (chyba) tak przyzwyczaić do biegania, ze nawet w końcówce biegnę. W końcówce wszystko krzyczy – teraz już mozesz troszkę przejść, masz prawo, jestes zmęczony…

„W dobrych zawodach wystąpiłem, BIEG ukończyłem”. No właśnie bieg, a nie marsz. Dobrego biegu wam życzę. Maratonczycy, Narzeczeni i Malzonkowie. I do szybkiego spotkania we Wrocławiu za tydzień, tam tez bedzie małżeński maraton. 40 par.

ks. Jarosław

Dziękuję…

… Wam wszystkim za tyle przejawów pamięci i serdeczności po maratonie. To piękne uzupełnienie samotności długodystansowca. W czasie biegu, kiedy na jakiś moment zrównaliśmy się w czasie picia wody przy stacji nawadniania z jednym z uczestników, przeprosił mnie, że nie będziemy biec razem, bo jemu obecność drugiej osoby przeszkadza. Inny rytm kroków, oddechu i że to nie ma nic wspólnego ze mną, tylko on tak ma.

I tak to trochę jest, że trzeba się do samotności przyzwyczaić. Na treningach jest się często samotnie. Choć po drodze mijasz innych biegaczy, to trudno jest znaleźć kogoś, kto biegnie tym samym rytmem. Wtedy albo on biegnie trochę wolniej, albo ty, żeby biec razem. Jest więc samotność ważnym elementem biegania. Ale tym bardziej trzeba wtedy uzupełnić samotność wymiarem wspólnoty. Może to dlatego formy grzecznościowe są uproszczone … jak w rodzinie. Zwracamy się do siebie po imieniu lub per ty, bo mamy wspólną pasję i pozdrawiamy się na wszystkich ścieżkach biegowych.

Samotność nigdy nie jest celem, zawsze tylko środkiem. Celem jest poznać siebie, swoje ograniczenia, nauczyć się je przezwyciężać, dawać z siebie wszystko, ale po to, żeby ostatecznie być lepszym człowiekiem.
I dlatego jest to takie ważne, gdy dostajesz informacje od innych, że cenią sobie twój wysiłek i twoją pracę, bo to pomaga wytrwać w chwilach trudnych.
Z pamięcią o wszystkich zmagających się.

Ks. Jarosław

jak św. Paweł

Ciągle myślę o czasie przygotowań, wysiłku i intencji, którą niósł ze sobą Ksiądz Jarek biegnąc ostatni maraton, pamiętając też, że poprzedni był w intencji rodzin.

Taki wysiłek to już nie jedna kropelka, a wielkie jezioro w morzu potrzeb. Tym bardziej składam wyrazy uznania i gratulacje. Oraz wielkie podziękowanie za świadectwo, że można pokonywać swoje słabości i zniechęcenia. Że warto podjąć taki wysiłek, niemal walkę ze sobą samym w intencji pokoju dla Syrii. Ale też po to, abyśmy w ten sposób doznali pokrzepienia i poznali tajemnicę i miłość Boga.

Zupełnie tak, jak pisze św. Paweł.

„Chcę bowiem, abyście wiedzieli, jak wielką walkę toczę o was, o tych, którzy są w Laodycei, i o tych wszystkich, którzy nie widzieli mnie osobiście, aby ich serca doznały pokrzepienia, aby zostali w miłości pouczeni, ku /osiągnięciu/ całego bogactwa pełni zrozumienia, ku głębszemu poznaniu tajemnicy Boga – /to jest/ Chrystusa. W Nim wszystkie skarby mądrości i wiedzy są ukryte.” (Kol 2,1-3)

Dorota

Dałem radę

Tak pewnie byłoby najkrócej. I najbardziej wiernie. Tym razem było wyjątkowo ciężko. Wszystkim nam bardzo dała się we znaki temperatura – 27 stopni. Ostatnie 12 km było po asfalcie i w pełnym słońcu. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Pozostała tylko wola, żeby dobiec do końca.

Niesamowite były spotkania z tymi, których spotkałem w roku ubiegłym. W czasie maratonu jest tak, że każdy biegnie w swoim tempie, więc kogoś doganiasz, ktoś ciebie, jakiś czas biegniecie razem, potem znowu osobno i znowu razem. Największe wrażenie robili na mnie zawodnicy starsi ode mnie. Czasem dużo. Niektórych udało mi się dogonić. Na chwilę.

W tym roku biegłem sam. Nikt z naszej biegowej ekipy nie mógł  pobiec w tym maratonie. Tym bardziej więc byłem wdzięczny mojej siostrze Ani i szwagrowi Pawłowi, którzy w tym samym miejscu co Jacek Kubrak z Wrocławia w zeszłym roku udzielili mi moralnego wsparcia (połączonego z piciem). I co ważniejsze pobiegli kawałek ze mną. A potem powitali na stadionie. Ponieważ biegłem w koloratce, zostałem pięknie powitany w Wolgaście jako ksiądz biegacz. Na szczęście finisz był w dobrym stylu. Zadziałała magia stadionu.

Usedom Marathon 2013

 

Dziękuję wszystkim za wsparcie. Pomagało mi tylko to, że biegłem w łączności z intencją Papieża Franciszka. Gdyby nie ona, pewnie bym sie poddał i końcówkę przeszedł. Pomógł też Stasiu, który po swoim półmaratonie wybiegł mi naprzeciw i przebiegł końcówkę ze mną. Dziękuję. Dziękuje za wszystkich wysłanych z pomocą Aniołów. Do następnego maratonu.

Z wdzięczną modlitwą

ks. Jaroslaw

 

Usedom 2

 

 

Uznam Marathon

To dziś. Od 10.30 do … Zobaczymy.

Wczoraj wyjechali księża uczestniczący w szkoleniu, żeby zdążyć na swoje parafie i do swoich zadań. Wygląda na to, że szczęśliwi. Ja bardzo. To był bardzo dobry czas i dobrze to rokuje na przyszłość Programów. Pewnie już wkrótce któregoś z nich spotkacie na kolejnej edycji JA+TY=MY.

Miałem jeszcze kilka chwil dla siebie, żeby się przygotować do jutrzejszego biegu. Szukając intencji, w jakiej chcę go przebiec, pomyślałem o intencji Papieża Franciszka – o pokój dla Syrii. Na pewno będzie to dobra okazja do postu. Ale też i konkretnego wysiłku, który można w to włożyć. Ten maraton bardzo się do tego nadaje, bo jest wspólną inicjatywą Niemców i Polaków – niegdyś wrogów, a dziś coraz lepiej poznających się sąsiadów. I tak pobiegniemy obok siebie, w duchu „rywalizacji”, ale bardzo sportowej. Maraton do końca się biegnie jako przyjaciele we wspólnym trudzie, dopiero sam koniec – to walka o to, kto szybciej.

Jak zawsze przed maratonem (jak to brzmi poważnie!!! ale w końcu to już czwarty w moim życiu) jest wiele obaw: czy dam radę, czy pokonam dystans trochę szybciej niż ostatnio, czy nie będzie kontuzji, jak się będę czuł na ostatnich kilometrach? Ten jest trudny fizycznie, bo sporo górek i nierównego podłoża. Wiem, że trenowałem tyle, ile zwariowany rozkład zajęć pozwalał, ale poczucie niedosytu jest spore. Przebiegłem w ramach przygotowań blisko 520 km, wyruszając na treningi około 60 razy i spędzając na nich czas przeszło 60 godzin. Dużo czy mało? W deszczu, upale, zimnie, zwykle wcześnie rano, sam bądź w jakiejś większej czy mniejszej grupie. Na pewno jest to dobra szkoła samozaparcia. Dziś świętowanie. Miałem biec w ekipie. Ekipa nie dojechała. Zostaję sam. No, nie do końca. Zawsze biegnę z moim Aniołem Stróżem. Jeśli Wasi Aniołowie chcieliby dołączyć choćby na kilka kilometrów, będzie radośniej.

Do usłyszenia po maratonie. Z tarczą lub na tarczy. 😉

ks. Jarosław