radosne dziecko

Długi przedpokój w naszym domu służy nam za boisko. Na jednym końcu drzwi wejściowe jako bramka, na drugim – wejście do drugiego pokoju.

Tym razem mecz rozgrywa nasza córka przeciwko … mnie.

Reguły ustala głównie ona, i nie chodzi o gole, ale o to, aby się kiwać. Wiec się kiwamy (nie sądzę, żeby jakiś trener był zainteresowany włączeniem którejś z nas do kadry), lecz chyba więcej jest z tego śmiechu niż gry 😉 Punkty liczone są w dwojaki sposób: za skuteczne wykiwanie i za gole. Przyznam szczerze, ze trochę się w tym gubię, ale przyjmuję reguły. Bawimy się, śmiejąc się do rozpuku.

A w uszach dźwięczą mi słowa x. Rafała z ostatniej konferencji na Dniu Skupienia, aby nie zabić w sobie dziecka, aby nie dokonać duchowej aborcji. Aby pamiętać, że dzieci dobrze się czują w towarzystwie dzieci, i że gdy będziemy tylko rodzicami dla własnych dzieci, to może zdarzyć się tak, ze dzieci od nas uciekną. A przecież nawet Jezus pozwala sobie być dzieckiem, wiec dlaczego ja mam nim nie być?

Jak dobrze, ze usłyszałam te słowa i że ten mecz rozegrałam, bo nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie radosne dziecko jest we mnie!

Reklamy

WE RUN – Mexico

Pierwszy raz w życiu uczestniczyłem w biegu ulicznym, w którym uczestniczyło 20.000 uczestników. Mój największy do tej pory to był bieg w którym uczestniczyło 12.000. Doświadczenie niezwykłe. Najpierw trzeba dotrzeć na miejsce, co nie jest łatwe, bo ulice już pozamykane. Ostatni odcinek już pokonuję biegiem, żeby zdążyć na start. A tu jeszcze trzeba się dostać na do wąskiej przestrzeni wydzielonej ustawionymi barierkami, które pozwalają opanować ten ogrom biegaczy. Po iluś tam metrach, gdy końca nie widać, decyzja – przeciskam się między szczeblami i dołączam do startujących.

Widok niesamowity. Wszyscy w czerwonych koszulkach. Jeden długi korowód. Słyszymy przez głośniki start. Punktualnie o 7.00 ruszyli pierwsi zawodnicy. Na nas przyszedł czas 18 minut później. Trasa tak była ułożona, że kilka razy widzieliśmy się w czasie biegu, tzn. ja, gdy wbiegałem w jedną ulicę to widziałem zawodników, którzy ją opuszczali, ale też i to samo mnie się przydarzyło. Najszybszy zawodnik przebiegł trasę w 31:03, co prawdopodobnie było tuż po wyruszeniu w trasę ostatniego zawodnika.

Ukończyłem bieg w czasie netto 57:23, co dało mi 504. miejsce w mojej kategorii, 2 512. w generalnej męskiej  i 3 624. w całkowitej. Jak się do tego jeszcze doda wysokość 2 240 m n.p.m. – to już się czuję zupełnie wyjątkowo. 

Co jest wyjątkowego w tym biegu? To nie tylko ilość biegaczy. Najciekawszy jest pomysł – rywalizacja pomiędzy poszczególnymi dzielnicami Meksyku. Każdy zawodnik może startować, żeby zbierać punkty dla swojej dzielnicy. Wygrywają więc nie tylko indywidualni zawodnicy, ale też i dzielnice miasta. Stąd też wielu zawodników miało “zindywidualizowane” koszulki, gdzie można było zaznaczyć swoją dzielnicę i ile wcześniej przebiegniętych km chcę im przekazać. Ponieważ moja dzielnica (Łomianki Fabryczna) nie startowała w tym biegu, więc utożsamiłem się z tą, w której chwilowo mieszkam i podarowałem swój biegowy dorobek.

1465280_708466535832677_1992458229_n

WE RUN jest inicjatywą Nike, i w tym roku obchodzi swoje pięciolecie. 26 miast, 350 000 uczestników i 3 000 000 km przebiegniętych. Dystans od 5 K do maratonu.

W Warszawie ten bieg odbył się 6.10. i wzięło w nim udział 15.000 zawodników. Też na 10 K. Zachęcam do zaglądania na ich stronę, żeby zobaczyć kiedy będzie kolejny bieg. I już powoli się do niego szykować. Przeżycie jest niezwykłe. A 10 K to jest dystans dla każdego do opanowania. I ważne jest w tego rodzaju biegach, że każdy może wygrać. Bo w biegu rzeczą najważniejszą jest bieg… ukończyć. Czas jest rzeczą wtórną. Miłą, gdy jesteśmy szybsi od siebie, ale niekonieczną. Jak mawia mój kolega, gdy nie pobił swojego rekordu: wyniku nie ma, ale wstydu też nie ma. A wręcz przeciwnie – zawalczyć ze swoją słabością, zmusić się do treningu, narzucić sobie reżim… to zawsze przynosi owoce. Nie tylko w bieganiu.

1470118_708695172476480_1851137301_n

Z pamięcią o Was na wszystkich biegowych trasach

Padre J.

0817380001

Varekai – Wherever

Powrót z meksykańskiej wsi okazał się szybszy niż wszyscy planowaliśmy. Każdy chciał chwilę odpocząć. Pewnie moi niezwykle mili gospodarze też się uciszyli z chwili samotności.  😉 Powrót był do pracy, czyli do ważnych spotkań, ale o tym może kiedy indziej.

Dziś chciałbym się podzielić niezwykłym przeżyciem, uczestnictwem w wydarzeniu, o którym marzyłem od lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Cirque de Soleil w San Diego, w Oceanarium. Nie wiedziałem wtedy, co to jest ten Cyrk, i dopiero później dowiedziałem się, że ten powstały w Kanadzie niesamowity zespół podróżuje też po świecie i prezentuje swoje rozmaite przedstawienia. Marzyło mi się więc, żeby jeszcze kiedyś ich zobaczyć. Póki co musiały wystarczyć rozmaite fragmenty lub całe przedstawienia na YouTube.  Zachęcam wszystkich w wolnej chwili.

I oto okazało się, że są właśnie tu, w Meksyku, z przedstawieniem pt. Verekai – Wherever. A dobrzy ludzie, gdy usłyszeli moją radość z racji tego, że właśnie ten Cyrk  tu jest, zatroszczyli się o bilety i mogłem obejrzeć to na żywo. Wrażenie niezapomniane.

Połączenie bajecznych historii, przekraczających wyobraźnię strojów i choreografii z żywą muzyką graną w dużej części na scenie, przy graniczącym z cudem opanowaniem swojego ciała powoduje, że ten dwugodzinny występ jest czymś, czego nie można zapomnieć.

Trudno powiedzieć, co zrobiło największe wrażenie. Czy podniebne szaleństwa na linach bez najmniejszego zabezpieczenia, czy doskonała żonglerka, czy ciała, które wydawały się całkowicie pozbawione ograniczeń i sztywności, która jest w dużej już części naszym udziałem? Każde było niezwykłe, ale dla mnie chyba najbliższe było oglądanie wyczynów akrobatów. To już nie był indywidualny występ, to był wysiłek całego zespołu. I taka jego synchronizacja, żeby ostatecznie, po wyrzuceniu  w powietrze osoba wylądowała stojąc na rękach ileś tam metrów dalej na ramionach kolegów. Zaraźliwa radość ludzi, którzy znaleźli upodobanie w pokonywaniu granic tego, co możliwe. 

Pewnie nikt z nas po zobaczeniu tego przedstawienia nie zacznie trenować tego w domu, ale każdy, kto to zobaczył, już nie może łatwo i spokojnie sobie powiedzieć, że się nie da, że zbyt trudne, bo ci ludzie udowodnili, że dla tego, kto bardzo czegoś chce, wszystko jest możliwe.

Z pamięcią o Was

Padre J. 

 

dwugłos o bieganiu

Zapraszamy Czytelników do lektury tekstu na temat Maratonu Uznamskiego i biegania w ogóle, napisanego przez Ewę Rozkrut i ks. Jarosława Szymczaka dla portalu Mateusz.pl:

„Bieg ukończyliśmy… Maraton Uznamski”

Ewa Rozkrut jest od 25 lat żoną, mamą sześciorga dzieci; zawodowo – pedagogiem, dziennikarką i współzałożycielką portalu Mateusz.pl oraz autorką poradników o wychowaniu („Jak przygotować dziecko do I Komunii Świętej”, „Co robić, gdy dzieci się nudzą”).

Dobrego biegu dnia, z czasem znalezionym na modlitwę i świeżość patrzenia, dobre słowo i solidarność z nam Podarowanymi

Zespół Przystani

Huskers

Dr Hilgers znany jest z tego, że kibicuje akademickiej drużynie footbolowej stanu Nebraska, słynnym Huskers. Tym razem jego wykłady wypadały akurat w czasie ważnego meczu. Nie zdziwiło więc nikogo, że przed wykładem poprosił swoją żonę Sue, żeby w razie możliwości informowała o przebiegu meczu.

Dla nas sportowe emocje Ameryki wybiegają daleko poza naszą wyobraźnię. Choć mieliśmy niedawno swoje Euro i posiadamy też rozgrywki w wielu dyscyplinach, te amerykańskie są dla nas dość skomplikowane: mają swój football (nie mylić z naszą piłką nożną), w którym się piłkę trzyma pod pachą biegając po całym boisku, baseball, w którym się starają silnie rzuconą małą piłkę odbić kijem, czy też trochę znane u nas rugby, nie wspominając już o golfie i wrestlingu. Każdy stan ma swoje drużyny i swoje słynne stadiony, zarówno dla footballu jak i baseballu. O innych sportach nie wspominając.

Ale to co mnie urzekło, to fakt, że drużyna Huskers, zawsze się modli na stadionie klękając na jedno kolano na murawie.

Jakoś to nikogo nie obraża i nie gorszy, czy dziwi. My czasem widzimy ukradkiem zrobiony znak krzyża naszych zawodników. A tu modli się całą drużyna. Dziwny kraj.

Tę modlitwę zna również każdy fan.

The Husker Prayer  

Dear Lord, the battles we go through life,
We ask for a chance that’s fair
A chance to equal our stride,
A chance to do or dare

If we should win, let it be by the code,
Faith and Honor held high

If we should lose, we’ll stand by the road,
And cheer as the winners go by

Day by Day, we get better and better!
Til’ we can’t be beat…
WON’T BE BEAT!

z Omaha,

Fr. Jay

525a097718444.preview-620Więcej zdjęć: TU

pogotowie randkowe

Nasi Sąsiedzi z Dołu zabierają nam syna do dinoparku. Córka jest u koleżanki. Zaskoczeni kompletnie nagłym bezrobociem w dziedzinie zajmowania się dziećmi, jemy obiad we dwoje i to nawet w towarzystwie świeczki, mimo że rachunki za prąd opłacane regularnie, a potem oglądamy film, którego wartka akcja byłaby nie do pojęcia po 22:30, gdy zwyczajowo kończy się nasza krzątanina. Domowym sposobem mamy więc restaurację i kino. W „kinie domowym” jeszcze przydarza się filiżanka kawy, więc prawie kawiarnia.

Przez resztę wieczoru są u nas dzieci Sąsiadów z Dołu, którzy z kolei sami wypadają na romantyczne zakupy swetra dla Niego.

Fajnie mieć sąsiada, co pożyczy szklankę cukru, ale jeszcze lepiej sąsiadów, z którymi „czas dla nas” jest możliwy nawet w czasach p.n.d. (po narodzinach dzieci). Co zrobić, żeby mieć takich sąsiadów? Wysłać ich na warsztaty JA+TY=MY i wszystko stanie się jasne. Będą grać z Wami w jednej drużynie. Do Łomianek za tydzień chyba jeszcze się da, we Wrocławiu już tylko lista rezerwowa.*

🙂

M

*więcej informacji na http://www.fpr.pl

dobry czas

„Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami.” (Łk 2, 46-47)

Nie raz jestem zdumiona naturalną mądrością naszych dzieci. Chociażby w takiej sytuacji, gdy po „lekcji wychowawczej” z mojej strony, nasza córka powiedziała mi: „Mamo, nie złość się na nas, kiedy psocimy, tylko bądź spokojna, bo my musimy się jeszcze dużo nauczyć”.

Nie da się ukryć, że miała 100% racji i już jako dziecko przedszkolne umiała to jasno zwerbalizować. I z trudem przyznaję, że to bardziej dla mnie była lekcja wychowawcza, ale też od razu dała mi możliwość skorygowania swojego nastawienia i sposobu wyrażania. Od dzieci też się wiele można nauczyć.

Niekiedy jednak potrzebuję więcej czasu, aby dotarła do mnie taka naturalna mądrość, albo aby przyjąć to, czego mnie inni uczą.

Jezus poświęcił trzy dni nauczycielom. Trzy dni z nimi spędził, aby zdążyli się zachwycić, zrozumieć, dostrzec. Dla mnie też ma ten czas. Jedno co muszę zrobić, to sama znaleźć ochotę poświęcić Mu trochę czasu, aby z Nim posiedzieć i przegadać wiele spraw.

Dorota