Wybór

Całkowicie przez przypadek i bez celu wszedłem do małego sklepiku z pamiątkami. Ładnie, miło, mnogość towaru. Ogólnie wrażenie pozytywne. W szczególe? Wśród różnych kubków, kubeczków, figurek, także takie, według których jedynym sposobem świętowania uroczystości jest chyba „zalanie” radości alkoholem. Różne ładne, nawet pobożne życzenia, ale są i takie, z których wnioskuję, że największym wrogiem męża jest … żona. Można nabyć pięknego anioła lub piersi na drucikach (wersja męska stoi obok).

Tak sobie myślę, niby o’key. Do niczego nie namawiamy. Kup co tobie odpowiada. Przecież świat to też taka wielka półka jak w markecie. Wybieraj jak chcesz żyć i pozwól innym wybierać.

Ta swoboda wyboru przeniosła mi się automatycznie na nadchodzące święta i zastanowiłem się adwentowo – na co czekam? Na jaką „wersję” świąt?  Na wreszcie trochę dni wolnych od pracy? Może na miłą rodzinną atmosferę okraszoną ofiarowywaniem prezentów? Albo na kolejne święto kościelne przyozdobione pójściem na mszę św., może nawet i spowiedzią, lecz po którym moje życie będzie wyglądać jak poprzednio? Na Boże Narodzenie?

Śpieszę odpowiedzieć Czytelnikowi, że ja „nie czekam na Boże Narodzenie”. Ono się już dokonało. I zmieniło całkowicie bieg historii. Zmieniło także i moje życie. W te kolejne dla mnie święta pragnę jeszcze raz się nad tym faktem zatrzymać. Odświeżyć świadomość tego, co narodziny Chrystusa wniosły i wnoszą w moje życie. Odnaleźć kolejne cząstki mego życia, których jeszcze nie oddałem Zbawicielowi świata. I tak po prostu zadumać się nad tym, że do takiej bliskości z Bogiem, jakiej doświadczyli choćby pastuszkowie, czy mędrcy jest mi jeszcze bardzo daleko. A Ty na jakie święta czekasz?

Michał

 

Reklamy

Rotoura

Po wyprawie do Hobbitonu zajeżdżam do miasta o nazwie Rotorua. Wcześniej napisałem list do lokalnego księdza w sprawie możliwości odprawienia Mszy św. w niedzielę. Po wymianie maili ostatecznie trafiam do niego na parafię i zostaję jego gościem wraz z bp. Denisem Brownem, który tego samego dnia przyjeżdża na Bierzmowanie i Pierwszą Komunię św. Fr. Mark jest proboszczem na dwóch parafiach, raz w miesiącu jedzie na kraniec swojej parafii, by tam odprawić Mszę św. i od czasu do czasu także odprawia dla Maorysów z racji tego, że nauczył się ich języka. Wspiera go w pracy jego współbrat misjonarz Fr. Peter. Wieczorem, po Mszy św. wraz z ks. biskupem zjadamy w ramach kolacji pizzę. I oglądamy mecz rugby. To ich narodowy sport, w którym są rzeczywiście mistrzami.

Ks. Proboszcz Mark i Fr. Peter – moi gospodarze z Rotorua

IMG_0602

I ks. bp Denis Browne:IMG_0607

Rano po Mszy św. ruszam zwiedzać miasto i okolice. Przy domach, chodnikach, parkach, wszędzie widać rury odprowadzające parę ze źródeł geotermalnych.

Najpierw odwiedzam wulkan Tarawera, którego erupcja  dokonała zniszczeń w 1886 roku.

Lake Tarawera, po drugiej stronie dwa wulkany. Ostatni wybuch w 1886 powiększył jezioro:

IMG_0609

 Potem dwa jeziora Blue i Green. Przedzielone wąziutkim pasem ziemi. Wszędzie zieleń.

blue and green

Jezioro niebieskie:

IMG_0617

Parafianin John zawiózł mnie w te wszystkie miejsca. Mąż od 50 lat, ojciec 7 dzieci. Tylko 4 razy opuścił codzienną Mszę św. od początku małżeństwa:

IMG_0615

Jezioro zielone:

IMG_0619

Następnie trafiamy do wspaniałego parku Red Woods. Potężne sekwoje, których konary pną się niesamowicie do góry, ok 70 m. A objąć się nie da. Idziemy przepiękną aleją, stąpając jak po dywanie. Zapachu miasta tu nie czuć. Zieleń przykrywa wszystko.

IMG_0625

I na sam koniec trafiamy do maoryskiej wioski Whakarewarewa. Udało się nawet zdążyć na pokaz pieśni i tańca w wykonaniu lokalnego zespołu. Jest też okazja zrobić stosowne zdjęcie.

IMG_0639

Celem jest także park geotermalny Te Puia z gejzerem Pohutu. Podobno wyrzuca on strumienie pary i gorącej wody na wysokość do 20 metrów, mniej więcej raz na godzinę (o ile). Dziś był leniwy i nie chciał pokazać na co go stać. Mimo czekania blisko 30 minut nie udało się zobaczyć go w pełnej okazałości. Ale mimo wszystko robi wrażenie.

IMG_0648

Całe miasto to jeden wielki gejzer. Nawet na ulicach można spotkać dymy. W całym mieście czuć wyziewy:

IMG_0642

 

IMG_0650

Na koniec jeszcze wspólny posiłek z ks. biskupem i lokalnymi duszpasterzami, u sióstr zakonnych (na sześcioro rodzeństwa księdza biskupa – 3 braci i 3 siostry, tylko jedna się wyłamała; wszyscy bracia są kapłanami, w tym jeden biskupem, i dwie siostry w zakonie; u tej jednej w klasztorze jesteśmy na posiłku).

I w drogę powrotną, tym razem inną trasą, żeby jeszcze więcej zobaczyć. Prowadzi mi się bardzo dobrze. Tym razem tylko raz, zamiast kierunkowskazu, włączyłem wycieraczki. Trochę jeszcze się myli. Ale już jest bardzo dobrze.

Jutro wyprawa na północ. Prawie na sam początek wyspy.

Do usłyszenia,

xj

 

Our Team

Minął dzień. Dla nas wszystkich bardzo długi. Dla uczestników był to także dzień podróży. Tylko niewielu przybyło poprzedniego dnia, większość musiała wcześnie wstać, żeby być na czas.

Dla naszego zespołu to nie tylko czas prowadzenia Programu, ale także okazja do spędzenia każdej wolnej chwili razem, żeby omówić wszystkie kolejne punkty, wymienić się doświadczeniami, wrażeniami i podzielić zadania.

Wieczór zakończyliśmy spokojną, długą adoracją w Kaplicy Chrystusa Króla, którą mieliśmy całkowicie do naszej dyspozycji. Można było także skorzystać z Sakramentu Pokuty i Pojednania.

Jak bardzo odczuwalne jest wsparcie modlitewne, płynące z tylu różnych miejsc na świecie. Wszyscy wiemy, jak ten czas może być trudny i owocny zarazem.

Z Belleville

Fr Jay

Illinois Team

PS. Niektórzy komentowali, że opisany w poprzednim wpisie fakt, iż mąż pierze – to fajna sprawa, ale żaden big deal. Teoretycznie nie, ale jeśli się weźmie pod uwagę, że Daniele i Patrick są rodzicami 12 dzieci, z których 8 mieszka ciągle z nimi, a najmłodsze ma kilka miesięcy, to…