Pani Jasnogórska

Choć inaczej wyglądają Jej wizerunki na całym świecie, jest zawsze tą samą Matką, i całą sobą pomaga nam odnaleźć drogę do Syna Bożego. Jest z nami na każdej drodze naszego życia. Kościół rozpisał Jej życie różnymi tajemnicami, od radosnych do chwalebnych, pokrywając każdy wymiar, żeby nie zabrakło nam Jej obecności w żadnym wydarzeniu. Po rocznej nieobocności w naszej Ojczyźnie to była pierwsza okazja, żeby odwiedzić Ją na Jasnej Górze. Jak dobrze było uklęknąć przy ołtarzu z Jej wizerunkiem i popatrzeć na Nią z bliska. Opowiedzieć o wszystkich osobach noszonych w sercu, o bliskich i potrzebujących pomocy, o poznanych w innych krajach i o nowych zadaniach, jakie niespodziewanie doszły.

Tak wielu spośród nas zaprosiło Ją do swoich domów i doświadcza, jak pomalutku i z ogromnym szacunkiem dla naszych ograniczeń pomaga nam wzrastać, widząc w nas nade wszystko umiłowane dzieci Ojca.

Byliście na Jasnej Górze razem ze mną.

ks. Jarosław

zdjęcie zrobione na klęczkach 🙂

Pani Jasongórska

Reklamy

Spotkania z Polonią

są praktycznie wszędzie. Bo i “nasi” są wszędzie. Czy to we Francji, czy w Belgii, czy w USA i w Meksyku, czy teraz spotkani w Nowej Zelandii. Czasem potrafią zaskoczyć wiedzą o tym, co się dzieje w Ojczyźnie, bo elektroniczne media pozwalają być na bieżąco z sytuacją w kraju.

Tu spotykam się z tęsknotą za posługą księży. Polskich kapłanów jest tylko dwóch. Jeden w Auckland i drugi w Wellington (to miasta na wyspie północnej). A Polacy, w mniejszych czy większych grupach, są przecież jeszcze i gdzie indziej, jak na przykład w Christchurch. Do nich duszpasterze docierają bardzo rzadko. Gdy się więc pojawia nowy kapłan z Polski, to jest “zagospodarowany” całkowicie. Dla wielu jest to wreszcie okazja do spowiedzi po polsku, do porozmawiania o swoich trudnościach i duchowych potrzebach, nawet do zwykłego nacieszenia się osobą. Już nie mówiąc o możliwości pomodlenia się w czasie Mszy św. “jak Pan Bóg przykazał”. Choć do rekolekcji jeszcze jeden dzień (zaczynamy w czwartek), już teraz jest dość rekolekcyjnie.

Polecając się bardzo Waszej pamięci i modlitwie

Fr. Jay

Westport-Christchurch

Po bardzo wczesnej pobudce, żeby zdążyć na autobus, który ma nas zawieść na miejsce startu, trafiamy od razu w atmosferę, która na wszystkich maratonach jest podobna. Jest serdecznie, tłumnie, międzynarodowo i wielojęzycznie. To pierwszy maraton, gdzie na miejsce startu zawożą nas autobusy. Półmaraton trochę bliżej, a maraton trochę dalej. Jeszcze raz oglądamy trasę przez okno autobusu. Jedziemy i jedziemy… pomyśleć, że za chwilę będziemy tę trasę pokonywać biegiem.

Trasa maratonu i półmaratonu jest dostępna także dla piechurów, którzy startują odpowiednio o 5.30 i o 8.30 rano. Różnimy się tylko kolorami naszych numerów startowych.

Buller Marathon to przedsięwzięcie całego miasta. Wszystkie stacje z wodą i gąbkami obsługiwane są przez mieszkańców, w szczególności uczniów miejscowych szkół.

Trochę się dziwimy, kiedy nad naszym miejscem startu pojawia się helikopter. Okazuje się, że to nie lokalna telewizja, tylko … taksówka, która dowozi jeszcze dwukrotnie zawodników na start. Wreszcie ruszamy. Cel jest zawsze ten sam: dobiec do końca. I udaje się. Żadnego zatrzymania. Wyznaczałem sobie tylko “cele”, które chcę dogonić. W tym roku to byli zawodnicy w żółtych koszulkach. Dogonić, wyprzedzić i “ścigać” następnego. Górek nie brakowało. Na szczęście widoki rekompensowały trud. Jak mawia mój przyjaciel, który zdecydowanie więcej biega maratonów niż ja – wyniku nie ma, ale wstydu też nie ma.

Po biegu Msza św., pożegnanie z ks. Proboszczem, który także startował w półmaratonie i jedziemy do Chistchurch. Tu spotkanie z Polonią, umówione spotkania z kilkoma małżeństwami i spotkanie z instruktorką Modelu Creightona.

W poniedziałek Paul wraca do Omaha, a ja zostaję głosić najpierw rekolekcje, a potem Program 1.

Fr Jay

 

Westport Buller Marathon

– the most scenic atlethic event in New Zeland.

Tak o nim mówią. Dziś mieliśmy okazję przekonać się jak wygląda z samochodu. Jutro – jak się biegnie. To dziś i jutro jest trochę oszukane, bo nasze dziś jest Waszym wczoraj (12 godzin różnicy), ale z perspektywy Kiwi (jak mówią o sobie mieszkańcy Nowej Zelandii) tak to wygląda.

Jesteśmy tu razem z Paulem Hilgersem, synem Państwa Hilgersów. Naszym celem jest dotarcie do Instruktorów Modelu Creightona, zapoznanie się z ich sytuacją, i zaprezentowanie naszych Programów. Mamy szczęście trafiać także na księży, którzy rozumieją potrzebę pracy z małżeństwami. Startujemy więc z Programem po raz pierwszy na drugiej półkuli, gdzie świeci nad nami w nocy Krzyż Południa.

Ale pobyt w Nowej Zelandii to także okazja spotkania się z nieliczną Polonią (z rekolekcje dla nich) oraz – nie ma co ukrywać – także poznanie tego pięknego kraju. I choć spędzamy w samochodzie mnóstwo czasu, żeby dotrzeć we wszystkie zaplanowane miejsca, to każdy kilometr jest sowicie wynagrodzony przez krajobrazy. Przewodniki radzą, żeby nie podróżować w nocy. I to wcale nie dlatego, że mogłoby być niebezpiecznie. To nie w Nowej Zelandii. Tu się nie podróżuje w nocy, bo szkoda widoków. Dosłownie za każdym zakrętem jest nowy widok, który zapiera dech w piersiach.

Na trasie naszej podróży znalazł się także maraton w Westport. Miasto górnicze. Nad Morzem Tasmana. I górski maraton. Niestety kontuzja, której ciągle nie mogę się pozbyć, zmusiła mnie do zmiany kategorii biegu z maratonu na półmaraton. Mam nadzieję, że ten dam radę przebiec.

Pozdrawiając Was serdecznie

ks. Jarosław 

PS. Przepraszam za ciszę w pojawianiu się na blogu, ale z racji sporych odległości do pokonania i codziennego pisania krótkich rozważań na temat Słowa Bożego z dnia w języku angielskim – na blog już nie było… siły.

Rangitoto

600 lat temu jeden z 50 wulkanów w okolicy Auckland wybuchł i pojawiła się wulkaniczna wyspa. Czysta wulkaniczna lawa wystająca na pond 260 metrów ponad poziom morza, z potężnym kraterem. Lokalna atrakcja przyciągająca wielu turystów. Można się tam dostać promem, który dwa razy w ciągu dnia zawozi turystów pragnących zobaczyć to niezwykłe zjawisko.

Dziś to oaza zieleni, która pokrywa prawie całą wyspę. Najpierw pojawiły się mchy, potem przyniesione przez wiatry i ptaki nasiona, które stopniowo zaczęły zajmować to kompletnie niegościnne dla życia miejsce. Obumierając zostawiały miejsce dla następnych i następnych, by stać się środowiskiem dla coraz większy roślin. Gdy dziś patrzy się na wyspę z zewnątrz, trudno dać wiarę, że jeszcze tak niedawno, z geologicznego punktu widzenia nie było tu nic poza wulkaniczną skałą. Niezapomniany widok tworzą wulkaniczne jaskinie. Spotykamy turystów z tak wielu miejsc na świecie. Młode małżeństwo z Austrii, doktorantów z Chin, młodych Szwedów i Anglików.

Podziwiam siłę życia. Trudno sobie wyobrazić bardziej niegościnne dla życia miejsce niż wulkaniczna lawa. I gdyby nie wizyta na miejscu, byłbym przekonany, że to nic innego jak kolejna piękna wyspa.

A ja w tym miejscu myślę o małżeństwach, które przez rozmaite kataklizmy stały się miejscami, w których wydawało się, że już życie nie zagości. A jednak. Gdyby małżeństwo było naszym pomysłem, to pewnie by tak było, ale ponieważ jest darem i dziełem Pana Boga, ma w sobie ciągle siłę do wzbudzenia życia na nowo. Potrafi ono powstać na nowo nawet i z popiołów. Tak jak ta wyspa. Czasem potrzeba kogoś, kto jak ptaki przyniesie ziarno nowego życia przez modlitwę, dobre słowo, przykład. Wymaga czasu, ale jeśli tylko na to pozwolimy, prędzej czy później wyda dobre owoce.

Bo życie jest silniejsze niż śmierć.

Fr. Jay

Rangitoto 2

Rangitoto

Rangitoto 3

 

Rangitoto Panorama

Duch Święty

wspomniany dziś w Ewangelii. Tak bardzo obecny w naszym życiu. Wzywany w czasie sprawowania Euchrystii i w czasie sprawowania Sakramentu Małżeństwa. Bez Niego nie było by rozgrzeszenia grzechów w Sakramencie Pojednania. A jednocześnie, choć tak ważny, tak dyskretny, że można Go nie zauważyć. Jak na naszej ikonie Rodziny Świętej. To wielkie zielone koło to On. Nikogo sobą nie przesłania. Obecny w każdym słowie i czynie Pana Jezusa. Miłość Ojca.

Bł. Maria, Mała Arabka, prosiła kapłanów, by w każdym miesiącu odprawili Mszę św. wotywną do Ducha Świętego. Tak bardzo potrzeba Go w naszych rodzinach.

Ale o tym niech już opowie ona sama: “Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, ktokolwiek będzie wzywał Ducha Świętego, będzie Mnie szukał i Mnie znajdzie, znajdzie Mnie przez Niego. Jego świadomość będzie delikatna jak polny kwiat. I jeżeli będzie to ojciec lub matka, pokój będzie w jego rodzinie. I pokój będzie w jego sercu zarówno w tym, jak i w przyszłym, świecie. Nie umrze w ciemności, ale w pokoju.

Żarliwie pragnę, byś powiedziała, że wszyscy kapłani, którzy odprawią Mszę św. raz w miesiącu do Ducha Świętego, uczczą mnie. A ktokolwiek Mnie uczci i będzie uczestniczył w tej Mszy św., będzie uczczony przez samego Ducha Świętego; i będzie miał w sobie światło; w głębi jego duszy będzie pokój. To On przyjdzie uleczyć chorych i obudzić tych, którzy śpią. A na dowód tego, ci wszyscy, którzy będą odprawiać tę Mszę św., albo będą w niej uczestniczyć, i którzy będą wzywać Ducha Świętego, nie wyjdą z tej Mszy św. nie doznawszy tego pokoju w głębi swej duszy. I nie umrą w ciemnościach”. [Za:] Bienheureuse Marie de Jésus Crucifié, Pensées, Editions du Serviteur, 1993, s. 85.

Niech Duch Święty nam od poniedziałku towarzyszy. Z Nim będzie łatwiej przeżyć ten tydzień tak, żeby nasze rodziny były piękniejsze.

Z pamięcią

Fr. Jay

Meksyk – czas pożegnania

Od kilku dni jestem praktycznie codziennie u Matki Bożej z Guadalupe. Lub w Jej sprawach. A to dzięki Rosikoń Press – wydawnictwu, które szykuje książkę o Matce Bożej z Guadalupe. Ja mogę im towarzyszyć i przyglądać się ich pracy oraz uczestniczyć we wszystkich spotkaniach poświęconych Matce Bożej. Jest to także znakomita okazja do codziennego wstawiania się za wszystkich bliskich, do których to w sposób szczególny zalicza się grono naszych kochanych Czytelników „Przystani”.

Chciałbym się podzielić jedną historią usłyszaną w czasie tych spotkań. Jak pewnie większość naszych Czytelników wie, Matka Boża zażyczyła sobie, żeby wybudować w miejscu przez Nią wskazanym kaplicę, gdzie będzie wysłuchiwać naszych próśb: “Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę”. Gdy tylko ksiądz biskup otrzymał znak, o jaki prosił Juan Diego, udał się następnego dnia, żeby zobaczyć to miejsce, gdzie się Matka Boża ukazała i gdzie ma stanąć świątynia. Powstała w dwa tygodnie.

I tu owa historia. Matka Boża powiedziała: “tutaj zobaczę ich łzy…”, ale miejsce bardzo szybko okazało się za małe. Rozbudowywane wiele razy – ciągle było za małe. Podjęto więc decyzję o budowie nowego kościoła. Ale Matka Boża powiedziała: “tutaj”. Wskazała na to właśnie miejsce, a nie, że gdzieś tu, na tym terenie. Ale już się nie mieścimy. Jak wybrnąć z tego dylematu? Zrobiono więc tak: w miejscu, gdzie planowano postawić nową świątynię, zbudowano drewniane rusztowanie, gdzie przeniesiono Matkę Bożą. Jeśli się Matce Bożej nie spodoba, to… coś zrobi. Kiedy Matka Boża przez osiem dni nie okazała, że jej to nie odpowiada, odniesiono Jej wizerunek do poprzedniego miejsca i rozpoczęto budowę świątyni.

Strasznie mi się ta historia spodobała. To jest prawdziwa wiara. I taki Meksyk spotkałem. Ludzi, którzy Matkę Bożą traktują bardzo na serio. Ona tu mieszka. Do Niej się przychodzi w odwiedziny, Jej się przynosi noworodki, żeby uprosić dla nich błogosławieństwo, do Niej się idzie przed operacją i po operacji. Do Niej się po prostu przychodzi.

Cieszę się więc bardzo, że mogłem być u Niej tak często, jak się tylko dało. Bo przecież też zawsze była to wizyta pełna modlitwy za Was wszystkich.

Z modlitwą,

W ostatni dzień w Meksyku (w czasie tego przyjazdu, oczywiście, bo tu trzeba wracać)

Więc jeszcze

Padre J.