pozwól

Nieraz, gdy zbliżam się do Ciebie, trzepoczesz skrzydłami jak zraniony ptak.
Spodziewasz się najgorszego tam, gdzie Ja przychodzę ze swoją miłością.
Nie poznajesz Mnie, gdy Moje ręce unoszą Cię w górę.
I nadal boisz się, gdy opatruję Twe rany.

Tak bym chciał Twojego zaufania, tak bym chciał, by nic nie mogło nim wstrząsnąć.
Tak bym chciał, byś pozwolił Mi kochać Ciebie.

Znam każde uderzenie Twego serca.

Jezus

etykiety

Faryzeusz (…) mówił sam do siebie: „Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą”. (Łk 7, 39)

Tak często zdarza mi się przypiąć komuś etykietkę. Zupełnie niesprawiedliwą, ale tak wielką, że sama zaczynam wierzyć w jej prawdziwość. A tak naprawdę równie dobrze, a czasami nawet jeszcze bardziej,  pasowałaby ona do mnie samej.

Dzięki Ci Jezu, że Ty – na mnie i na innych patrzysz inaczej. Że „z łaski Boga jestem tym, czym jestem” (1 Kor 15,10a ) i oby  „dana mi łaska Jego nie okazała się daremną” (1 Kor 15,10b).

Dosia

„nic się nie stało”

Jest ból odrzuconych, dla których nie starczyło miejsca, żeby mogli stać się tym kimś, kim by byli, gdyby przyszli na świat. Ojciec Miłości i Życia, przyjmując ich do siebie, wytłumaczył im już zapewne, że przyczyna odrzucenia nie tkwiła w nich. Że nie byli odrażający, zbyt skomplikowani i za trudni, groźni, brzydcy i w ten sposób spowinowaceni ze śmietnikiem, na którym się znaleźli, zanim pierwszy oddech.

Jest ból tych, co ich nie przyjęli, bo czegoś zabrakło – wiedzy, odwagi, wsparcia, miłości ze strony otoczenia. Bo znalazł się ktoś, kto zaproponował za drobną odpłatą szybkie rozwiązanie, ale nie dał rękojmi, w której zgodziłby się na siebie wziąć konsekwencje. I nie będzie słuchał rozdzierającego wnętrzności krzyku lat przyszłych. Echa tego pierwszego krzyku, który nie miał szans wybrzmieć na szpitalnej sali. I jeszcze tęsknoty za ciepłem policzka. I tego pytania, kim byłoby, gdyby.

Wielu mówi, że jednego  i drugiego bólu nie ma, że wymyślono go sobie. Fakt, bywa tak wyparty, że można uwierzyć, że nie istnieje.

Ale pro-life nie rodzi się z oderwania od realiów życia. Pro-life wyrasta z bólu jednych i drugich.

Małgosia

po co przychodzi?

„Z pewnością dziecko oznacza dla rodziców nowy trud, nowy zasób potrzeb i kosztów. Stąd też pokusa, ażeby go nie było. Pokusa bardzo mocna w niektórych środowiskach społecznych i kulturowych. Czy więc nie jest ono darem? Czy tylko przychodzi zabierać, a nie dawać? (…)

Dziecko obdarowuje sobą rodzinę. Jest darem dla rodzeństwa i dla rodziców. Dar życia staje się równocześnie darem dla samych dawców.” (bł. Jan Paweł II, List do rodzin, 11)

dwa obrazy

obraz pierwszy

W trakcie jednego z naszych wykładów, pewien lekarz ginekolog opowiedział dr Hilgersowi taki przypadek:
Zgłosiła się pacjentka z prośbą o przepisanie środków antykoncepcyjnych. Doktor w trakcie rozwijającej się rozmowy informował kobietę o szkodliwości tego typu „terapii”. Pani nie zmieniała jednak zdania, więc lekarz bardzo szczegółowo omawiał temat. Finał był taki, że kobieta przyjęła wszelkie informacje do wiadomości, lecz stwierdziła, że wszystkie z omówionych możliwych skutków ubocznych są lepsze niż dziecko.

obraz drugi

W czasie trwania kursu gościło mnie młode małżeństwo z dwójką małych dzieci. Szeroko otwarli przede mną zarówno drzwi swego domu, jak i swoje serca. Nie tyle może obserwowałem, co uczestniczyłem w zwykłym codziennym życiu: nocne budzenie się i płacz dzieci, choroba jednego z nich, potem matki, codzienna bieganina między szkołą, lekarzem, pracą. Wieczorne rozmowy o tym, jak czasem trudno jest podjąć właściwą decyzję. Troska o dopięcie miesięcznego budżetu. Ot, zwykłe życie. Ileż jednak troski o drugiego, ile wzajemnego daru z siebie!

Z tych dwóch obrazów wybieram ten drugi. Taki świat chcę budować i wierzę, że na tej drodze spotkam Was, czytających te słowa.

P.S.
Widoku gospodarza, krzątającego się rano po kuchni z różańcem w ręku, nigdy nie zapomnę. Bardzo dziękuję także gospodyni za troskę wobec mojej osoby.

Michał

z wdzięcznością

Co było dla mnie takiego najbardziej niesamowitego w minionym tygodniu?

Czy to, że po raz pierwszy dr  Hilgers wraz z całym Zespołem prowadził pełny kurs NaProTechnology poza centrum w Omaha, i to nie w USA, ale daleko za oceanem, w Polsce? Myślę, że nie.

Może to, że przyjechało prawie aż 100 osób z różnych krajów: Chorwacji, Niemiec, Irlandii, Litwy, Słowenii, Ukrainy, Francji, Anglii i Nigerii? Też nie.

Czy to, że była prasa, telewizja, dr Hilgers udzielał wywiadu? Na pewno nie.

Najbardziej niesamowite dla mnie było ogromne zaangażowanie i ofiarność ze strony całego Zespołu z USA, abyśmy jak najwięcej się nauczyli, jak najwięcej zrozumieli. Codziennie także chyliłem głowę z szacunkiem przed tak dużym wysiłkiem, jaki ofiarowali ze swej strony studenci. Tak wiele było kobiet w ciąży –  zarówno wczesnej, jak i wysokiej. Matki z małymi dziećmi przy piersi z wysiłkiem godziły opiekę z nauką. Dług wdzięczności wypisany był na twarzach tych, którzy pozostawili w domach żonę/męża z dziećmi. Ta wdzięczność wybrzmiewała w telefonach. Z tą wdzięcznością wracam dziś do domu i ja.

A Wam bardzo dziękuję za modlitwę.

Michał

Jedna wielka rodzina

Ostatni dzień. Wszystkim nam towarzyszy świadomość, że w tym samym gronie zobaczymy się dopiero w lutym. Po kilku dniach intensywnego programu wszyscy staliśmy się sobie bliżsi. Jeszcze wczoraj późnym wieczorem można było spotkać międzynarodowe grupki skupione na wspólnej nauce. I w tym wypadku pomagało, że zarówno język egzaminu, jak i język komunikacji – to ten sam angielski.

Choć nie udało się z każdym zamienić słowa, to jednak dominuje wrażenie, że znamy się od dawna oraz że zabieramy siebie nawzajem – do siebie.

Każdego z instruktorów czeka teraz intensywna praca. Ale to dobrze, bo ta praca jest dla wielu szansą na rodzicielstwo.

xj

A na koniec dnia…

… spotykamy się w ciszy adoracji Najświętszego Sakramentu. Cały dzień siedzenia w szczegółach tak istotnych, ale też i tak dokładnie omawianych (czasem aż do milimetrów), że się w głowie kręci, wymaga spotkania z Panem Życia. Spotkanie w milczeniu pozwala kontemplować tajemnicę życia z właściwej perspektywy.

Jak miło musi być Panu Jezusowi patrzeć na lekarzy i uczących się instruktorów Modelu Creightona, trwających na spotkaniu z Nim. I nie wiadomo, czy tu się nie zaczynają te wszystkie późniejsze ich sukcesy.

Jutro czeka ich ostatni egzamin. Potem będzie 4 miesięcy praktyk, by w lutym spotkać się ponownie i pójść dalej z wiedzą.

Dalej więc ich wspierajmy.

xj

Kogo tu nie ma….

Gdy rozmawiam z uczestnikami kursu, zdumiewam się niezwykłym rozrzutem zawodów i zajęć. Wczoraj napisał mąż i ojciec, który zawodowo pracuje jako weterynarz, a jest tu również m.in geolog, mikrobiolog, nauczyciele uczący w podstawówce i gimnazjum, żony i matki, położne, pielęgniarki, absolwentki naszego Wydziału i wiele innych. Już nie wspominając o lekarzach, którzy też są różnych specjalności.

Jak niezwykłe jest to bogactwo ludzi, których łączy pragnienie pomocy innym.

Ten kurs jest trudny. Wymaga nie tylko wiele pracy dziś, ale też i przez cały nadchodzący rok. Egzamin końcowy będzie dopiero w listopadzie przyszłego roku. A i wtedy pewnie jeszcze nie wszyscy będą gotowi. Ale ta trudność – to tylko zewnętrzny obraz odpowiedzialności, by pomoc była rzeczywista, by czynić to jak najbardziej kompetentnie.

Patrzę na nich od ołtarza z podziwem i wielkim szacunkiem. I jak codziennie, proszę Was, Kochani, o modlitwę za nich.

Wasz duszpasterz

okiem uczestnika

Byłem już na wielu konferencjach naukowych. W niektórych uczestniczyło kilkaset słuchaczy. Prelegenci przyjeżdżali z całego świata. Jest jednak coś, co zdecydowanie różni tamte spotkania od tego, czego doświadczam teraz w Łomiankach. Przyjechaliśmy tutaj, by zdobyć wiedzę, owszem. Jednak wszystkich nas jednoczy fakt, że wiedzę ową pragniemy wykorzystać do czegoś, co jest ponad nią. Pragniemy budować lepszy świat. Świat, w którym nigdy nie rozwiązuje się problemów kosztem drugiego człowieka.

Nikt nie czuje się ważniejszy. Ordynator ginekologii pewnego szpitala chętnie dzieli się ze mną na „ty” własnymi doświadczeniami. Inna pani doktor podchodzi zainteresowana gdzie praktykuję. I jak zwykle kończy się wybuchem śmiechu. Muszę przyznać, że większość ma problem z literkami VMD przed moim nazwiskiem: veterinary medical doctor. Pozostali lekarze wszak mają tylko MD. Po wytłumaczeniu o co chodzi, śmiejemy się wspólnie.

Za Father J`em powtórzę: prosimy o wsparcie.

Michał