bogatym być…

„Zaprawdę powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego.” (Mt 19, 23)

Jedna z zasad biznesu: przyjdzie klient, który ma 20 zł, zrób wszystko, by te 20 zł zostawił u ciebie. Przyjdzie taki ze 100 zł, powinien zostawić te 100 zł.

Zastanawiam się nad tym już któryś rok. Czy to właściwa droga?

Raz się jest klientem, innym zaś razem usługodawcą. Jeśli żyje się według tej zasady, to będąc klientem jesteśmy nieufni wobec drugiego: On na pewno chce nas oszukać, chce wyciągnąć większe pieniądze niż mu się należą. Muszę się pilnować. Muszę walczyć o swoje.

Usługodawca myśli: moim zadaniem jest jak najwięcej uzyskać. Jeśli ktoś nie jest świadomy że przepłaca, to jego problem. Ja muszę walczyć o swoje.

I tak żyjemy nieufni wobec siebie nawzajem. Człowiek człowiekowi wilkiem. A gdyby tak człowiek był człowiekowi ewangelicznym bliźnim? Jak wtedy wyglądałby świat? Czy tylko warto pomarzyć, czy da się tak żyć? Jak uważacie?

Michał

miejsce w sercu

„Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię” (Jr 1,5).

„Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31, 3).

Lubię powtarzać naszym przyjaciołom, zwłaszcza tym z daleka, że mają stałe zaproszenie do naszego domu. Że tak bardzo ich oczekujemy. Że zawsze, gdy się zjawią sprawią nam wielką radość.

I przez lata małżeńskiego życia staraliśmy się (w duchu tej samej gościnności :-)) pielęgnować specjalne miejsce w sercu. Dla tych Szczególnych Gości naszego domu i małżeństwa, których Pan od wieków zaplanował, od wieków ukochał. Czasem trzeba było bardzo tego miejsca w sercu pilnować i bronić. Wiedzieliśmy, jak ono jest ważne, jak bardzo chroni nowe życie i przygotowuje nas do jego przyjęcia niezależnie od „pory” i okoliczności życia, w jakich się pojawi.

Tak bardzo pragnęliśmy, by każde z naszych dzieci trafiło od pierwszych chwil zaistnienia na to szczególne, przeznaczone dla nich miejsce w sercu, by było przyjęte z całą gotowością miłowania nawet wtedy, gdyby jego poczęcie wydawało się nam w pierwszej chwili jakby „nie w porę”.

Tak pięknie jest cieszyć się znów nowym życiem (już po raz piąty :-)) – razem z Tym, który nas znał, myślał o nas, pragnął nas, kochał – zanim zaczęliśmy istnieć!

Basia

szukam Cię

Czasem Mi się gubisz.

A Ja nie mogę przestać o Tobie myśleć. Próbuję wszelkich możliwych sposobów, żeby Cię znaleźć. Jak kobieta szukająca drachmy – wymiatam izbę. Jak pasterz – szukam w chaszczach. Idę za Tobą aż na krawędź Twojej rozpaczy.

Odwróć się wtedy tylko. Jestem bliżej niż myślisz. Gotowy zanieść Cię z powrotem do domu.

Jezus

jeden gest

„I kładł ręce na nie”. (Mt 19, 15)

Kładł ręce na dzieci. A przecież Jezus też chce, abym stała się jak dziecko, więc na mnie również kładzie ręce. Bo ileż siły, pokoju i mocy płynie z tego gestu. Ileż poczucia bezpieczeństwa i przynależności. Tak bardzo wzrasta poczucie własnej wartości.

Tak bym chciała, abym w tym geście przekazywanym przeze mnie do męża i dzieci, była tak samo czytelną i szczerą informacją, jak ta płynąca od Niego do mnie.

Dosia

Lochy

W Trzęsaczu można zobaczyć słynną ruinę kościoła. Postawiony na wydmie, osuwał się z czasem w morze i obecnie pozostała tylko jedna ściana.

Legenda głosi, że miejscowi rybacy wyłowili z morza syrenkę i zamknęli ją w lochu kościoła. Tam po trzech dniach zmarła, a oszalały z rozpaczy ojciec Bałtyk zabrał ją z cmentarza razem z gmachem kościoła.

To tylko wytwór ludzkiej wyobraźni, ale groźba zawłaszczenia drugiego – na przykład w małżeństwie – jest jak najbardziej realna. Nadmierna kontrola, narzucenie wizji życia i myślenia „słabszej stronie” na krótką tylko metę mogą przynieść oczekiwany rezultat: współmałżonek „chodzi jak w zegarku”. Może kosztem własnych marzeń, talentów, predyspozycji. I po czasie może się okazać, że jeszcze chodząc jak w zegarku na zewnątrz, wewnętrznie już umiera.

Reanimacja zaś bywa długa i kosztowna.

Zbadajmy nasze lochy – czy nie przetrzymujemy w nich więźniów naszych oczekiwań i roszczeń.

Z serdecznymi pozdrowieniami,
Małgosia

Mr and Mrs Nobody

„Tylko w swojej ojczyźnie i w swoim domu może być prorok lekceważony.”  Mt 13,58

Piasek, słońce, on, ona-i-dziecko. Zmierzają ku wyjściu z plaży. On idzie przodem, z parawanem, torbą plażową, dmuchanym delfinem, płetwami i lodówką turystyczną. Ona idzie za nim, na rękach niosąc dziecko. Dziecko, takie między rokiem a dwoma latkami, płacze. Mówiąc językiem kolokwialnym – niech Czytelnik wybaczy – drze się. Ona mówi do dziecka: „już, już zaraz, tylko przystaniemy w cieniu.”

Gdy on jest dwa kroki od cienia, rzucanego przez krzaki na wydmach, ona nie wytrzymuje napięcia, zatrzymuje się, stawia na piasku dziecko i krzyczy do niego: „no daj jej w końcu tą jej sukienkę!!!” Okazuje się bowiem, że dziecko jest księżniczką, której na czas nie dostarczono królewskiej szaty. Plażowicze z zaciekawieniem kibicują. On próbuje tłumaczyć, że tu zaraz cień, ale już wiadomo, że przegrał. Pewnie nie umie powiedzieć, w którym momencie z roli męża został zdeklasowany do tragarza, i „tego trzeciego” w jej związku z dzieckiem.

Więc jeszcze raz: ona daje dziecku wszystko, i wszystkiego oczekuje od męża. A można tak: ona otrzymuje wszystko od Boga, by posiadać i szanować siebie samą, i z wielkoduszności serca być dla męża, i dla dziecka.

Nikt nie lubi być nikim.

Małgosia

co musisz zrobić sama

Czytuję blogi kobiet, młodych matek, które w pozytywnych barwach piszą tylko w czasie przeszłym. Kiedyś dużo czytałam. Kiedyś rysowałam. Kiedyś byłam ekspertem. Teraz nudzę się w piaskownicy. Teraz tylko „Mamo, chodź!”, a ze strony męża – „przynieś, podaj, pozamiataj.” Choć często jest odwrotnie: nie pozmiatałeś, albo: patrz, gdzie łazisz w butach, bo świeżo pozamiatane.

Świat się kurczy do obejścia, a w nim Ty wszystko dajesz dziecku. W zamian – oczekujesz wszystkiego od męża.

W bajkach na dobranoc zjawia się wówczas Książę Z Bajki. I ratuje. Oczekujemy, że mąż się w tę rolę sprawnie wcieli. A przecież tylko jeden doskonały mężczyzna chodził po tej ziemi, ale nigdy nie miał żony.*

Pomysły, jak uniknąć pułapki oczekiwania ratunku z zewnątrz, nie zmieszczą się w jednym zdaniu, zwłaszcza że nieustannie poszukuję ich sama. Ale warto chronić własny świat, którego nie odbierze Ci zaborczość dzieci (tym złodziejem bywa częściej własny perfekcjonizm). Warto zrobić sobie choćby pół dnia wolnego, zamienić miotłę na książkę.

Zanim same zamienimy się w jędze i na tej miotle odlecimy. 😉

Małgosia

*Gary L. Thomas Cenniejsza niż perły

listy do Nieba

Przed Nim wylejcie wasze serca  (Ps 62,9)

Zaczęłam pisać listy do Nieba.

Nie dlatego, że myślę, iż On musi mnie mieć na piśmie. Powiedział przecież, że wie, zanim pomyślę, czego mi potrzeba.

Więc jeśli nie Jemu są potrzebne te listy, by poznać moje najgłębsze potrzeby, pragnienia, nienazwane ciężary i niemożliwe do rozwiązania sytuacje, to może potrzebuję ich ja.

Nie tylko dlatego, że należę do tych ludzi, których pisanie od zawsze porządkowało, niczym myślenie przez palce.* Znacznie bardziej dlatego, że tak wiele próśb znalazło odpowiedzi, których nie zauważyłam. Albo przyjęłam je za fakt oczywisty, jak to, że co dzień wstaje słońce.

Relacja osobowa, przyjaźń z Panem Jezusem na miarę tego, jak On mnie poznał, nie może przebiegać w rytm „wrzuć monetę”. Wrzucam prośbę, wylatuje odpowiedź. Marzy mi się pozostawać cały czas w dialogu, by poznać i Jego pragnienia, potrzeby i ciężary – choć trochę bardziej. Przekraczać interesowność próśb i zażaleń. Słuchać, gdy idzie ze mną ramię w ramię i opowiada.

Małgosia

*Isaac Asimov

My+pakowanie

Przygotowania do wyjazdu to jeden z większych testów dla relacji.

Idealistyczne wizje: wyjedziemy rano. Ale goniąc rzeczywistość, dajemy radę dopiero po obiedzie.

Szacunek dla odmienności: on cały rok czekał, by przeczytać kupione w antykwariacie książki, wiec bierze ich wiadro. Co jej się nie mieści w głowie, bo przecież jadą między ludzi i powinni mieć zapas czystej odzieży. Gdy on pakuje jej torby, powstrzymuje odruch pukania się w czoło.

Dar zamiast roszczeń: „przyniosę Ci” aż się prosi zamiast „przynieś mi”.

Czas dla nas: można zapomnieć wpisać w grafik wakacji dzieci.

Dialog i komunikacja: on się nigdy nie domyśli, ona nigdy nie poprosi.

Zamiast „pieczęci daru” – w końcu trzask klapy bagażnika. Tor przeszkód od biedy pokonany. Uścisk dłoni na gałce zmiany biegów – następnym razem będzie lepiej. Jedziemy.

Małgosia

Kończy się moje pisanie…. (szkoda*…./ wreszcie*….)

Przepraszam wszystkich za zdominowanie naszego bloga na tak długi czas. Wiele osób czeka na wpisy naszego znakomitego Zespołu, który cierpliwie i ofiarnie utrzymuje swoje pióra w milczeniu (choć niektórzy pisali już nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie i oni będą mogli do Was przemówić). Ja też czekam.

Dziękuję Wam wszystkim, wiernym Czytelnikom. Pisząc miałem zawsze w pamięci Was i Wasze dobro. Przyznam się Wam także, że to pisanie także i mnie bardzo dużo dało. Uczestniczenie w życiu z pełną świadomością – że nie jest ono tylko dla mnie, że powinno być dzielone, że Pan Bóg objawia się każdego dnia i mamy być świadkami Jego obecności pośród nas – przychodzi łatwiej, jeśli trzeba każdy dzień jakoś opisać.

Czasem było to bardzo trudne, bo było już bardzo późno (zdarzyło mi się zasnąć nad klawiaturą). Czasem nie było zasięgu. Czasem za dużo wrażeń i nie wiedziałem, co wybrać. Zawsze z obawą, żeby nie było za dużo mnie. Czasem trzeba było dużo modlitwy i czasu, żeby skreślić kilka zdań, a czasem nie nadążałem z pisaniem, tak szybko biegły myśli.

A pisałem wszędzie: w samochodzie (oczywiście jako pasażer), w samolocie, na lotnisku, w hotelu, pod palmą i bunk house, wpatrując się w jezioro i nad oceanem. Czasem z wyprzedzeniem, a czasem w ostatniej chwili. Raz się zawiesiłem i nic nie napisałem.

Najważniejsze jednak w tym wszystkim było to, że dzięki pisaniu mogłem bardziej świadomie łączyć się z Wami. Choć prawie bez komentarzy z Waszej strony – czasem docierały do mnie głosy, że czytacie. Tym bardziej dziękuję. Zabrałem Was, Kochani, w miejsca, które choć są tak piękne, że czasem dech zapierają, to jednak pozbawione obecności bliskich, z którymi można je podzielić, stawały się zawsze też miejscami nostalgii. Dzięki temu, że mogłem blogiem zabrać Was ze sobą, miejsca odwiedzane nabrały na nowo kolorytu.

Przeżyłem wiele i spotkałem cudownych ludzi. Z tym bogactwem niedługo Was odwiedzę na rekolekcjach, w Ogniskach, na spotkaniach w   Łomiankach i wszędzie tam, gdzie Opatrzność pozwoli się odnaleźć. Szczęśliwy, bo spotkania z ludźmi są spotkaniami z Ich Stwórcą i Zbawicielem, i Pocieszycielem. Czy może być więc coś piękniejszego?

 x Jarosław, już z Polski

* niewłaściwe skreślić 😉