okulary z filtrem

Wczoraj nasz syn przyniósł do domu swoje pierwsze świadectwo, a na nim opisową ocenę ucznia. Gdy ją czytałam, troszkę żartem – ale jednak – przyszła mi do głowy myśl „same pochwały – czy to aby na pewno świadectwo naszego syna?”

W zadumie uświadomiłam sobie, że za bardzo skupiam się na błędach i brakach, które często są wynikiem moich zaniedbań, że w chwili uzasadnionej coś próbuje mi przyćmić moją radość, dumę z tego, co dobre i wartościowe.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus, gdy uzdrawia sługę setnika, potwierdza to, że  nie skupia się na słabościach, gdy ten wyznaje swą skruchę, lecz zachwyca się wiarą „U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary” (Mt 8,8), bo przecież „On wziął na siebie nasze słabości i  nosił nasze choroby” (Mt 8,17)

Dosia

Reklamy

Jesteśmy dziećmi Króla

Niedawno pięcioletni synek przyjaciół zwrócił się do mnie „Księżniczko”. Mimowolnie uśmiechnęłam się szeroko w poczuciu wyjątkowości.

Ale przecież miał rację – jestem Księżniczką. Wszakże jestem ukochaną córką Króla. Wspaniałego, sprawiedliwego, wymagającego Ojca, który otacza mnie swą miłością każdego dnia. Pociechą Tatusia, który w chwilach mojego zwątpienia delikatnie przypomina mi o  tym, kim jestem – na przykład przez roześmianego pięciolatka mówiącego do mnie „Księżniczko”.

Karolina

trudne szczęście

Tak czasem chce się człowiekowi nad sobą poużalać. Dać znać całemu światu, jak to nam jest źle. Tylko po to, by ten cały świat nas pocieszał.

Też mi  się tak chciało. I wtedy przyjechała do nas Ona – młoda, piękna kobieta. Walczyła o swoje małżeństwo. Wspieraliśmy ją. Teraz pozostało jej walczyć o siebie, o swoją godność. Patrząc mi w oczy powiedziała, że choć to bardzo trudne, choć bardzo boli, to ma poczucie szczęścia – bo czuje bliskość Boga większą niż kiedykolwiek.

I zrobiło mi się wstyd. Odechciało mi się użalać nad sobą.

Nie wiem, dlaczego niektórym nie wyszło w życiu. I nie wiem, dlaczego ja nie mogę narzekać, bo tak wiele otrzymałem. Ci, o których myślę wcale „nie zasłużyli” na takie zranienia. Ja także nie zasłużyłem na to, co otrzymałem.

Jedno wiem, że i w jednych, jak i w drugich sytuacjach Bóg do nas przemawia. I zdarza się, że ci którzy wołają wśród zranień bliżsi są usłyszenia Go, niż ci, którzy zapominają o wołaniu w radości. Wołaniu dziękczynnym.

Michał

sprzymierzeńcy

„Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz /Pan/ mi powiedział: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach (…) Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny”. (2 Kor 12, 8-10)

Dlaczego święty Paweł tak pisał? Dlaczego „miał upodobanie” w swoich słabościach, chlubił się nimi? On – wielki święty?

„Im bardziej odczuwasz swoją słabość, tym bardziej powinna wzrastać Twoja ufność” – może tu jest klucz do zrozumienia św. Pawła? W tym stwierdzeniu młodziutkiej, błogosławionej karmelitanki, Elżbiety od Trójcy Św.?

Dobrze jest doświadczać wygranej ze swoją słabością, zwyciężać ją siłą woli, pracą nad sobą. Święci to potrafili. Wiemy, że św. Paweł też potrafił.

Ale dobrze jest też, tak jak on – zobaczyć we własnej słabości sprzymierzeńca, nie wroga, którego za wszelką cenę należy pokonać. Przestać liczyć na siebie, a całą nadzieję złożyć w Nim – że poniesie, że uzupełni braki, że zabezpieczy łaską miejsca najsłabsze we mnie, że weźmie w swoje ręce to, co mnie przerasta i przeraża. Wtedy zawsze, gdy będę „niedomagać”, On sprawi, że będę mocna – siłą ufności. Może właśnie po to potrzebna jest Panu moja słabość – by sprzymierzała się z ufnością.

Basia

to, co w nas krzyczy

„I żadne miasto ani dom, wewnętrznie skłócony, nie ostoi się.” (Mt 12, 25)

W najtrudniejszych momentach naszego małżeństwa przypominałam Panu Jezusowi Jego słowa – prosząc, żeby nas ratował.

Czasami nie wiemy, czego nam potrzeba, wiemy jedynie, że jest źle. Nie mamy do końca pojęcia, co w nas krzyczy. Żeby się niepokoju pozbyć, podajemy dalej – mężowi, żonie, dzieciom. I też nie działa, za to jest jeszcze gorzej – bo ta miłość, której się człowiek domaga, nie jest na żądanie, nie wywalczy jej żaden krzyk.

Warto się zatrzymać nad sobą. Warto się sobą zaopiekować. Warto szukać źródeł własnego niepokoju. Warto popatrzeć na nierozwiązane własne sprawy, kompleksy, problemy, lęki. Na pewne kwestie nie ma lekarstwa współmałżonek, ale uzdrawiająca miłość Boga – już tak.

W Jego ramionach możemy się i wykrzyczeć, i wypłakać, mając za świadka Jego ogromną – i jakże konkretną – miłość ku nam. A potem przyjąć Jego Słowo pokoju. Pokoju dla własnego serca, pokoju dla naszego małżeństwa.

Małgosia

Belka czy drzazga?

Pewien mężczyzna skarżył się koledze, że jak idzie do spowiedzi, to nie bardzo pamięta, z czego ma się spowiadać, bo …. skleroza. Na to kolega mu odpowiedział, że miał podobny problem, ale znalazł świetne rozwiązanie. Jak się wybiera do spowiedzi, to stara się sprawić żonie jakąś drobną przykrość, czy małą złośliwość. Wtedy jego żona błyskawicznie odpowiada na to szczegółową listą jego przewinień z ostatniego miesiąca. 🙂 I może już biec do spowiedzi.

Tak to już jest, że zdecydowanie łatwiej przychodzi nam pamiętanie o błędach drugiej osoby niż o własnych. A o ileż bylibyśmy szczęśliwi, gdybyśmy u siebie tropili wszelkie przejawy egoizmu a u innych przejawy altruizmu.

Gwarantowane, że każdego dnia zostaniemy zaskoczeni i w jednej i w drugiej sytuacji. Ale też o ileż bardziej nasz świat się zmieni na ciekawszy.

X Jarosław